W poprzednim poście zapomniałam
napisać, chociaż pewnie większość z Was o tym wie, że Stambuł,
to byłe miasto imperium rzymskiego, Konstantynopol. W kolejnych
latach swej burzliwej historii Stambuł wpadł w posiadanie Osmanów
i stał się częścią ich imperium, a w XIX wieku zaczęto
europeizować miasto i wprowadzono architekturę w stylu baroku oraz
rokoko. Stąd może tak wielka różnorodność zabytków i stylów,
które przeplatają się ze sobą na każdym kroku. Pragnę również
zwrócić uwagę na fakt, iż jest to właśnie TO miejsce na ziemi,
w którym użycie rzekomo najdłuższego polskiego słowa jest najbardziej
prawdopodobne i uzasadnione :-)
Wracając do zwiedzania, mieliśmy na
nie jeszcze całą środę. Kiedy już się obudziliśmy, również
nie za wcześnie niestety, czekała nas niespodzianka. W końcu
wyszło słońce, a niebo przestało mieć kolor brudnej szmaty. Co
za radość! Pobiegliśmy „dozwiedzać” resztę atrakcji i w
pierwszej kolejności trafiliśmy na wieżę Galata, z której
rozciągał się widok na cieśninę Bosfor, Złoty Róg, Sultanahmet
oraz naszą dzielnicę Taksim. Było wspaniale. Z góry jeszcze
lepiej widać jak wielkimi kontrastami charakteryzuje się Stambuł.
Mam nadzieję, że chociaż troszkę uda nam się to pokazać na
zdjęciach. Po wieży poszliśmy zwiedzić pałac sułtański –
Topkapi, który w rzeczywistości nie jest jednym budynkiem
pałacowym, takim, jakie znamy w Europie, a raczej kompleksem
pawilonów rozmieszczonych w dużym parku. Nie zachwycił nas ani
pałac, ani skarby, zniechęcił nas za to tłum, naprawdę gęsty
tłum ludzi. Pałac wśród swych skarbów ma na przykład włos
proroka Mahometa, kawałek jego brody, odcisk stopy, 86 karatowy
brylant, gigantyczny, trzykilowy szafir i cała masę klejnotów,
które po setkach lat wyglądają trochę jak przytarte kawałki
plastiku... No ale wiecie już zapewne, że muzea lubimy mocno
średnio, najbardziej zachwyca nas przyroda, a tłumy ludzi
doprowadzają nas do rozpaczy (może przydałoby się wstawać trochę
wcześniej na zwiedzanie...wyciągniemy wnioski, może... :-))
W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze
kanapkę z makrelą (pycha!) pod mostem. Mamo nie martw się, nie
oszczędzamy aż tak bardzo! Po prostu pod mostem Galata znajduje się
swego rodzaju pod-piętro, na którym zorganizowano całą sieć
restauracyjek, serwujących głównie ryby. Na górze, bardzo wielu
wędkarzy próbuje swych szans w wodach Bosforu i mam szczerą
nadzieję, że makrela, którą zjedliśmy nie pochodziła od nich.
Wody Złotego Rogu wyglądają bardzo ładnie, są turkusowe, jednak
pływa tam tona śmieci i widok niezbyt zachęca do jedzenia owoców
tego akurat morza...
O 20:30 wsiedliśmy do autobusu w drogę
na lotnisko i właśnie już chyba 17 godzinę jesteśmy w drodze, a
do celu czyli Katmandu zostało nam ich jeszcze ze 2,5! Tak, znów
piszę posta z samolotu, jednak chyba zaraz wyłączę maszynę i
dołączę do śpiącego obok Bartka.
Podsumowując, ten mały kawałek
Turcji, który zobaczyliśmy w ciągu dwóch dni, bardzo nam się
spodobał i zrobił na nas duże wrażenie. Najfajniejsze jest jednak
to, że bardzo miło rozczarowali nas ludzie :-) Turcy są bardzo
sympatyczni, a przynajmniej ci mieszkający w Stambule.
Spodziewaliśmy się chyba trochę arabskiego stylu bycia, większej
krzykliwości, natarczywości, większego „naganiactwa”. A jednak
ludzie tam przeważnie się uśmiechają, są życzliwi i bardzo
pomocni. Nawet pan taksówkarz, któremu zatarasowałam przejazd
stając na środku uliczki, w celu zrobienia kolejnego „zdjęcia
życia ;-), nie zwyzywał mnie, nie trąbił, tylko poczekał z
uśmiechem, aż skończę moje dzieło i zejdę z ulicy uwalniając
przejazd (nie, nie stanęłam tam specjalnie mając w nosie
samochody, po prostu nie zauważyłam, że to małe i strome „coś”
to była uliczka!)
Fajnie i coraz bliżej:)
OdpowiedzUsuń