czwartek, 18 kwietnia 2013

same old story...


Nie, nie, nie, nie, nie!!! Znów nam się nie udało dostać do Lukli! Wczorajszy scenariusz się powtórzył... Wszystkie loty zostały odwołane. Nie, przepraszam, podobno między godziną 5 a 7 odleciały 4 samoloty, ale ja już nikomu nie wierzę, więc ta informacja również nie wydaje mi się w stu procentach prawdziwa. Nie, nie stałam się nagle paranoiczką, po prostu usłyszałam dziś bardzo wiele sprzecznych ze sobą informacji. Ale od początku. Opowiem Wam teraz historię o tym, jak wygląda życie w Nepalu. :-)

Dziś rano, kiedy poszłam zamówić śniadanie, poprosiłam naszego miłego gospodarza o to, żeby zadzwonił do linii lotniczych i spytał czy loty do Lukli się odbywają. Zadzwonił przy mnie, powiedział: „good news”, mogliśmy odetchnąć z ulgą. Nie jest moim marzeniem i nigdy nie było korzystać z lotniska w Lukli, jednak chciałam już tam być. Już sama perspektywa spędzenia kolejnego dnia w hali lotniska była dla nas męcząca...
Jak tylko przekroczyliśmy jego progi, zobaczyliśmy tłumy „białasów” z plecakami czekającymi przed stanowiskiem odprawiającym samoloty do Lukli. Na stanowisku wisiała ta sama, znienawidzona przez nas, kartka głosząca, iż loty do Lukli zostały opóźnione z powodu złej pogody. Przez chwilę jeszcze mieliśmy nadzieję, że może zapomnieli jej zdjąć... Niestety. Odszukaliśmy więc w hali naszych znajomych z wczoraj, siedmioosobową grupę z południa Indii, która miała w zamyśle zrobić ten sam trekking co my i która obecnie była w tej samej sytuacji. W grupie zawsze raźniej, więc siedzieliśmy i radziliśmy wspólnie co by tu zrobić... nasi znajomi byli w znacznie gorszym położeniu niż my, ponieważ posiadają bilet powrotny do domu, my zaś dysponujemy powiedzmy dowolną ilością czasu – w sumie w Nepalu ogranicza nas tylko trzydziestodniowa wiza. Zresztą większość osób, z którymi rozmawialiśmy na lotnisku była ograniczona jakimś terminem (spotkaliśmy nawet grupę Polaków, którzy również biedzili się co ze sobą począć). Po kilku godzinach czekania, zastanawiania się i opowiadania sobie wzajemnie o swoich życiach i krajach (Hindusi wiedzieli, że nasz prezydent zginął w katastrofie lotniczej!), okazało się, że loty na dzień dzisiejszy są po prostu odwołane. Dotarła do nas również informacja, że taka sytuacja utrzymuje się już od tygodnia, czego nikt wcześniej nie raczył nam powiedzieć. Rano leci kilka samolotów, później pogoda się pogarsza i nikt nie jest w stanie już nic zrobić. Lotnisko w Lukli jest na tyle „specyficzne”, że pogoda musi być, że tak się wyrażę, „jak drut”. Innej możliwości na bezpieczne lądowanie nie ma. Dobrze, że chociaż dbają o bezpieczeństwo i nie bagatelizują nawet małego ryzyka. Powstał pomysł, żeby może jednak lecieć helikopterem. Jeden z członków indyjskiej grupy, posiada niezwykłe umiejętności negocjacyjne i wytargował loty za 250 dolarów od osoby. Musiałaby się tylko zebrać grupa dwudziestu paru osób chętnych zapłacić tę cenę. Byliśmy już nawet skłonni dopłacić tę stówkę do biletu samolotowego, byle już tylko lecieć. Helikopter może wylądować przecież w o wiele gorszych warunkach niż te, które panowały w Lukli (nadal wiało – podobno). Atmosfera na lotnisku wyglądała niemal jak na jakimś targu, każdy podchodził, coś mówił, wymieniał się informacjami, ktoś negocjował, ktoś inny się irytował. Każdy wiedział coś, czego nie wiedzieli inni... Było naprawdę zabawnie. Szczerze, dobrze się w sumie bawiliśmy. No ale w końcu trzeba było podjąć jakieś decyzje. 

Większość naszych nowych „znajomych” (z Indii, z Polski, z Norwegii(!)) zdecydowała się na zmianę planu. Postanowili nie iść do EBC (Everest Base Camp) tylko do ABC (Annapurna Base Camp). My jak zapewne wiecie nie mogliśmy podjąć, a raczej nie chcieliśmy podjąć, takiej samej decyzji, z tego prostego względu, że na ABC byliśmy dwa lata temu. Mogliśmy tylko powiedzieć wszystkim innym, że to bardzo dobra decyzja i że na pewno nie będą tego żałować. Trekking na ABC jest uznawany za jeden z piękniejszych w Nepalu. My podjęliśmy z goła inną decyzję, trochę dramatyczną.... Przed trekkingiem z Lukli do EBC, zrobimy trekking z Jiri do Lukli, a to oznacza, że idziemy do Lukli pieszo. Przedłuży to nasz trekking o ok. 6 dni. Co zyskamy? Aklimatyzację, która po tak długim czasie spędzonym w górach będzie naprawdę dobra, tym bardziej, że będziemy po drodze przekraczać kilka przełęczy (w języku laika – góra-dół, góra-dół), co stanowi wręcz idealne warunki do przyzwyczajenia organizmu do przebywania w górach. Zyskujemy również tańsze bilety w „tę”, autobusem do Jiri dostaniemy się za kilkaset rupii, zamiast samolotem za kilkaset dolarów :-) (nie jest jednak wykluczone, że jeśli warunki w Lukli się nie poprawią lub znów zepsują w momencie, gdy będziemy chcieli wrócić, zapłacimy za ten cholerny helikopter z nawiązką. Co stracimy? Czy w takich okolicznościach przyrody w jakich znajdziemy się w Himalajach można mówić o jakiejkolwiek stracie? Bartek pociesza mnie, że widoki będą piękne. Ja tylko się zastanawiam czy nie poszalejemy siedząc tyle dni bez cywilizacji (w końcu jesteśmy jednak i niestety zwierzętami miejskimi), ale spoko - bierzemy książki. Bartuś kupił sobie właśnie przed chwilą wielki wolumin o ... zdobywaniu Everestu.

Jutro o 5 rano ruszamy na dworzec autobusowy, a z niego jakimś autobusem, w ścisku i upale, być może z kozami (hurrra, akurat lubię kozy), w ok. 8 lub 10 godzinną podróż do Jiri :D Wbrew pozorom naprawdę jesteśmy podekscytowani :-)

Po powrocie z lotniska, kiedy wróciliśmy do guesthouse'u, właściciel prawie padł jak nas zobaczył, ale z uśmiechem nas przyjął i dostaliśmy swój kochany pokoik sprzed dwóch dni.

Potem poszliśmy do naszej ulubionej restauracyjki. Czemu o niej piszę, choć to właściwie detal? Bo jak będziecie kiedyś w Katmandu, to naprawdę serdecznie Wam ją polecamy. Nazywa się Mitho (posiada stronę na Fejsbuku - https://www.facebook.com/mithorestaurant?fref=ts ) i jak sama się reklamuje, serwuje jedzenie nepalskie, indyjskie, chińskie i … uwaga... włoskie! :-) Włoskiego nie próbowaliśmy, jednak każde danie lokalne, które nam serwowano było przysłowiowym niebem w gębie i od kilku dni wracamy tam każdego popołudnia. Ceny są rozsądne, a obsługa bardzo sympatyczna. Są to młodzi ludzie i wprawdzie często, zamiast obsługą, zajęci są pogaduszkami z kumplami spoza restauracji, ale myślę, że na ich miejscu robiłabym to samo. Dziś zamówiłam danie o nazwie Vegetable Biryani serwowane z Raita. Nic Wam to nie mówi? Mnie też absolutnie nic nie mówiło. Ważne było tylko, żeby nie było mięsa, a poza tym – witaj przygodo!. Dostałam ogromny kopiec smażonego (chyba) ryżu, z różnymi warzywami i przyprawami, a do tego miseczkę czegoś w stylu zsiadłego mleka czy maślanki, również z warzywami i również przyprawione. Oczywiście nie byłam w stanie zjeść tego sama, połowę oddałam Dużemu ;-) Było naprawdę pyszne!

Po spacerze po mieście, które znów mnie już nie męczy, poszliśmy jak zwykle na wieczorne posiedzenie na tarasie. Spotkaliśmy tam chłopaka, który również pochodzi z południowych Indii i który w swoim telefonie komórkowym posiadał bardzo ciekawą i niesamowicie przydatną w warunkach nepalskich aplikację. Aplikacją informowała, w jakich godzinach jest w Nepalu wyłączany i włączany prąd. Miała podział na dni (każdego dnia jest inaczej) i regiony! Ba, informowała nawet, w ramach jakiegoś alarmu, o zbliżającej się porze bez prądu! Chłopak, który nam to pokazał śmiał się, że jest to najbardziej zaawansowana technologicznie rzecz w tym rozwijającym się kraju... Pogadaliśmy sobie z nim trochę i okazało się, że siedzi w Nepalu i pisze książkę, a zarazem pracuje trochę jako coach biznesu i zarządzania w zachodnich firmach mających swe siedziby w Nepalu! Dużo nam poopowiadał również o Indiach, a jak wiadomo, w podróży każda informacja zdobyta, że tak się wyrażę u źródła, jest bardzo cenna.

Kończę tymczasem, pójdę się może wykąpać w zimnej wodzie (ciepłej znów nie ma) i poubolewam trochę nad tym, że nie potrafię niczego napisać w trzech zdaniach, tylko zawsze, ale to zawsze wychodzą mi całe powieści.

Ha det bra!  

ps. W następnych dniach pojawi się kilka relacji z naszych pierwszych dni w Nepalu. Przepraszamy za brak chronologii, mieliśmy to zaplanowane trochę inaczej, nasze plany pokrzyżowała pogoda :-)

2 komentarze:

  1. शुभ सन्ध्या - to podobno po nepalsku, ale czy na pewno? Słyszeliśmy, że droga z Jiri do Lukli jest bardzo fajna :-)Sami byśmy się przeszli, ale nie mamy czasu... Pierwsze śliwki robaczywki, mamy nadzieję, że teraz pójdzie jak z płatka. Nieustająco trzymamy kciuki i nepalcie za dużo!
    mmmczar

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga z Jiri rzeczywiście fajna. Polecam w wolnej (6-dniowej) chwili.
      Reszta poszła jak z płatka, to fakt.
      Przyrzekamy, że palenia było bardzo mało. ;)

      pozdrawiamy z Indyji

      Usuń