Słońce, nadciągamy?? Dobre sobie.
Stambuł przywitał nas chmurami, deszczem i ziąbem! Czuliśmy się
lekko zawiedzeni i prawie oszukani. Przecież miało być ciepło!
Nasz samolot lądował na lotnisku w
części azjatyckiej miasta (Stambuł leży zarówno w Europie jak i
Azji, obydwa kontynenty oddziela od siebie cieśnina Bosfor) i
niestety Azja nie powitała nas przyjaźnie - Bartka pokrowiec na
plecak zaginął gdzieś w odmętach luków bagażowych i próba
odzyskania go, lub przynajmniej złożenia oświadczenia o zgubie,
spotkała się ze stanowczą odmową ze strony pani reprezentującej
nasze nieszczęsne linie lotnicze. Chcąc nie chcąc zrezygnowaliśmy
z wykłócania się o swoje i poszliśmy szukać autobusu, łączącego
lotnisko z miastem. Z lotniska do centrum było ze 20 km, dziwiliśmy
się, że podróż miała trwać aż 1,5 godziny. Szybko jednak
okazało się, że autobus nie jedzie, a toczy się żółwim tempem,
co chwila trąbiąc i próbując w nieskoordynowany sposób
przecisnąć się pomiędzy innymi pojazdami. Zdziwiło mnie to
trochę, że na drodze jest aż taki ruch, ponieważ chwilę
wcześniej Bartek powiedział, że w Turcji ceny paliwa są najwyższe
w Europie, nawet wyższe niż w Norwegii. To czemu tych aut jest aż
tyle??!!
Nasz hostel, który zabukowaliśmy
jeszcze w Polsce, położony był w dzielnicy Taksim. Dzielnica ta
charakteryzuje się zabudową typowo europejską, w jakimś
przewodniku przeczytaliśmy nawet, że ta część miasta wygląda
trochę jak XIX-wieczny Paryż. Coś w tym jest, budynki są naprawdę
bardzo ładne, fasady bogato zdobione, ulice szerokie.... A jednak w
Paryżu w żadnym miejscu nie widziałam nigdy, aż takich
kontrastów. Piękne, wyremontowane budynki sąsiadują z kompletnymi
ruinami, bez okien, czasem nawet z częściowo zburzonymi ścianami.
I znów potwierdziły się słowa z przewodnika. Stambuł (nie
Istambuł, to nie po polsku :-) ) to miasto kontrastów, które można
tu spotkać na każdym kroku. Bogate budynki w sąsiedztwie ruin,
bogaci ludzie w otoczeniu żebraków, piękne widoki, przeplatające
się z widokami szkaradnymi.... Wszystko razem wygląda dość
dziwnie, a jednak bardzo nam się tam podobało. Oczywiście nie
widzieliśmy całego miasta. Ciężko nam się wypowiadać o tym jaki
Stambuł jest we wszystkich jego zakątkach. Jednak to co
zobaczyliśmy przez dwa dni pobytu, przypadło nam bardzo do gustu i
sprawiło, że z przyjemnością włóczyliśmy się po uliczkach
oraz większych i mniejszych zabytkach.
Wracając do hostelu... nie
spodziewaliśmy się wielkiego luksusu... Europejskie hostele w
zadowalającym nas przedziale cenowym nigdy nie są wspaniałe, ba,
nawet fajne. Jednak hostel Soho w Stambule, był już nawet poniżej
naszych i tak niewielkich oczekiwań. Obsługa była bardzo miła i
przyjazna, fakt, ale syf straszny, zero informacji dla turystów (co
jest raczej standardem), dziewięcioosobowy pokoik o powierzchni, no
nie wiem... może z 6 metrów kwadratowych (trzypiętrowe łózka bez
drabinek :-) ) i co najgorsze, wieczny smród dymu papierosowego
rozprzestrzeniającego się po całym hostelu. Co z tego, że
wydzielono palarnię skoro znajdowała się ona w dolnej części
budynku i mieściła się w kuchni nie posiadającej drzwi... Najzabawniejsze w tym wszystkim był fakt, iż w naszym wielkim pokoju rezydowała i bezwstydnie chrapała cała obsługa hostelu, (no dobra chrapał może tylko jeden facet, ale tak, że chciałm go zabić), mieli tam swoje "stałe" łóżka, jakieś rzeczy porozrzucane po pokoju, itd...
Pierwszego wieczoru hostel lekko nas przygnębił, uciekliśmy szybko na miasto i chodziliśmy jak najdłużej daliśmy radę, co nie było łatwe ze względu na ziąb i siąpiący deszcz. Na drugi dzień przyzwyczailiśmy się chyba trochę do naszego lokum, przypomnieliśmy sobie jak się podróżuje długoterminowo i Soho nie wydawało nam się już takie straszne. Mimo wszystko jednak serdecznie go NIE polecamy!
Pierwszego wieczoru hostel lekko nas przygnębił, uciekliśmy szybko na miasto i chodziliśmy jak najdłużej daliśmy radę, co nie było łatwe ze względu na ziąb i siąpiący deszcz. Na drugi dzień przyzwyczailiśmy się chyba trochę do naszego lokum, przypomnieliśmy sobie jak się podróżuje długoterminowo i Soho nie wydawało nam się już takie straszne. Mimo wszystko jednak serdecznie go NIE polecamy!
W środę pospaliśmy bardzo długo i
kiedy już się ogarnęliśmy (nawet nie przyznamy się o której)
ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najpierw jednak chcieliśmy trochę
się posilić. Trafiliśmy do bardzo miłej, ale kompletnie pustej
knajpki – Galata Balcone. Chociaż trafiliśmy to może dużo
powiedziane – zostaliśmy tam niemalże siłą wciągnięci, kiedy
zatrzymaliśmy się na chwilę przed witryną, żeby sprawdzić co
owa knajpka posiada w menu. Ale nie pożałowaliśmy, śniadanie było
bardzo smaczne, chłopaki prowadzący knajpę bardzo się starali,
zrobili nam zdjęcie, które chcieli umieścić na facebooku,
podarowali nam darmowe ciastka czekoladowe, napisali na kartce, co
powinniśmy zwiedzić, a na koniec wysmarowali nas jeszcze jakąś
odświeżającą cytrusową wodą toaletową, chyba w ramach
spontanicznego gestu bratania się. :-) Knajpka znajdowała się w
zagłębiu sklepów muzycznych. W Stambule mnóstwo jest takich
miejsc, gdzie koncentrują się sklepy o identycznym asortymencie,
zagłębie przyborów do szycia, aparatów fotograficznych, ozdób
domowych, manekinów plastikowych, opakowań na prezenty papierowych,
itd., itp... Zastanawialiśmy się bardzo nad tym w jaki sposób one
w ogóle funkcjonują, ale odpowiedzi niestety nie poznaliśmy.
Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru do
dzielnicy Sultanahmet, która położona jest na południe od Złotego
Rogu (zatoki Bosforu), czyli na półwyspie gdzie znajdują się
główne i najcenniejsze zabytki Stambułu. Zauważyliśmy, że
wszędzie, po prostu wszędzie są koty (raj dla takich alergików
jak ja...). Nie wszystkie są zaniedbane, a nawet niewiele z nich
jest w złym stanie. Wygląda na to, że ludzie bardzo o te kociaki
dbają, budują im nawet budki i domki na ulicy i sypią karmę tym,
które są bezdomne. Po mieście krążą też psy wyglądające na
bezpańskie, ale co dziwne wszystkie mają zaklipsowane uszy (trochę
jak europejskie krowy). Niestety zapomniałam się spytać w hostelu
o co chodzi z tymi psami, ale sądzę, że ktoś się nimi jednak w
jakiś sposób zajmuje i je dokarmia, ponieważ nie wyglądają na
strasznie zabiedzone (tylko trochę).
We wtorek, w trakcie spaceru
(oczywiście ani razu nie skorzystaliśmy w Stambule ze środków
komunikacji miejskiej) zwiedziliśmy świątynię Hagia Sofia, czyli
Dom Mądrości Bożej, która w swej długiej, nawet bardzo długiej
historii, ma około 1500 lat, była świątynią katolicką,
muzułmańską, aby w końcu zostać zdesakralizowaną i
przekształconą w muzeum. Jej budowę datuje się na 532 r, a
została ona zlecona przez cesarza Justyniana Wielkiego, który
chciał, żeby jego kościół był najpiękniejszym ze wszystkich.
Pomimo dosyć wysokiej ceny biletu (ok. 50 zł) warto na pewno
zwiedzić to osobliwe miejsce, które już z zewnątrz wygląda dość
niesamowicie. Ciężko powiedzieć, że świątynia jest piękna.
Jest przede wszystkim bardzo stara, monumentalnie wielka i bardzo
dziwna, ze swoimi czterema, dobudowanymi w XV wieku minaretami oraz z
przeplatającymi się w środku symbolami religii chrześcijańskiej
i muzułmańskiej.
Tuż obok świątyni znajduje się
cysterna bazylikowa, również zbudowana przez Justyniana Wielkiego,
dawny podziemny zbiornik na wodę, który zasilał położony
niedaleko pałac sułtana. Cysterna wywarła na nas nawet większe
wrażenie niż świątynia. 336 podziemnych kolumn, podtrzymujących
sklepienie, zachowanych w świetnym stanie, odbijających się w
wodzie i tylko delikatnie oświetlonych sztucznym światłem, wygląda
naprawdę bajkowo. Bardzo urokliwe miejsce i niestety jak zwykle
przepełnione turystami. :-)
Po cysternie odwiedziliśmy jeszcze
Błękitny Meczet, stojący naprzeciwko Hagi Sofii. Został zbudowany
przez sułtana Ahmeda I w tak bliskiej odległości, gdyż ten
ostatni chciał przyćmić i przewyższyć piękno świątyni
chrześcijańskiej. Przewodnik (papierowy) mówi, że mu się nie
udało... Czy ja wiem... obie budowle są imponujące. Meczet na
zewnątrz jest piękny, wewnątrz jednak nie wygląda szczególnie
wyjątkowo, ale może po prostu nie znam się na meczetach i ciężko
mi porównać. W każdym bądź razie swą nazwę meczet wziął od
ceramiki w kolorze niebieskim, która zdobi jego wnętrze. Podobno
umieszczono tam, aż 20 tysięcy błękitnych kafelków, nie wiem czy
jest to prawda, nie liczyliśmy ;-) Ciekawostką jest fakt, iż aby
wybudować 6 minaretów przy swej ukochanej świątyni, Ahmed I
musiał ufundować siódmy minaret dla meczetu w Mekce – żaden
inny na świecie nie może być wspanialszy i okazalszy.
Po zwiedzaniu tych trzech wielkich
zabytków byliśmy już porządnie głodni i zmarznięci – cały
dzień wiał wiatr i było może z 10 stopni – niestety nie byliśmy
ubrani stosownie do pogody, cały czas wierząc, że a) sytuacja
ulegnie poprawie, b) no przecież nie może tu być aż tak zimno...
Poszliśmy do tureckiej restauracji,
gdzie podjedliśmy typowo tureckie dania, i trzeba przyznać, że
były pyszne. Potem udaliśmy się jeszcze na Wielki Bazar,
największe na świecie kryte targowisko, w którego sąsiedztwie na
kilkudziesięciu podobno uliczkach obywa się handel na zewnątrz.
Nie planowaliśmy nic kupować, więc w godzinkę przeszliśmy szybko
pośród stoisk, próbując nie zatrzymywać się dłużej przy
żadnym, gdyż groziło to nam bardzo wieloma zachętami, żebyśmy
może jednak kupili, ten: dywan, zestaw misek, kilo złota lub
piętnaście kilo przypraw. Nie chciało nam się każdemu kolejno
tłumaczyć, że przecież nie damy rady podróżować z tym przez
następne 5 miesięcy, nie mówiąc już o tym, że wcale tych
wszystkich rzeczy nie chcielibyśmy posiadać we własnym domu!
Wróciliśmy do hostelu spacerkiem, wąskimi uliczkami, przypatrując
się wieczornemu, zamierającemu w niektórych miejscach życiu
miasta. W okolicy naszego hostelu, po drugiej stronie zatoki Złotego
Rogu życie nie zamiera chyba jednak nigdy. Tej nocy kibice
Galatasarayu szykowali się do odparcia asów z Realu Madryt. Były
śpiewy, waleczne okrzyki i machanie szalikami. Bartek wczuł się w
atmosferę i w hostelu zażądał oglądania meczu, co wzbudziło
aprobatę gospodarza oraz kilku innych gości płci męskiej. Wynik
meczu wszystkim zainteresowanym jest pewnie znany :-)
czyta się jednym tchem :)
OdpowiedzUsuńdzięki :-)
OdpowiedzUsuńBrzmi zachęcająco i... bardzo zabawnie:) Dzięki D!
OdpowiedzUsuńdzięki Łukaszku! :)
OdpowiedzUsuń