W Katmandu wieczorem słychać...
Rihannę i Beyonce... Dziś w Nepalu jest Sylwester Nowego Roku
(2070), a my zamiast siedzieć na jakiejś imprezie, urządzamy
wielkie pakowanie oraz pisanie postów na bloga. Wprawdzie, kiedy
będziecie czytać tego konkretnego posta my już od jakiegoś czasu
będziemy na trekkingu, no ale jakoś musimy dozować te
przyjemności, a poza tym nie chcemy Was męczyć zbyt dużą dawką
informacji naraz, a poza tym przez dość długi czas nie będzie od
nas raczej żadnych wieści. Wszystko mam jednak zamiar skrupulatnie
notować w notatniku, którego nieszczęsną historię już
poznaliście i mam nadzieję, że w miarę szybko po powrocie
umieścimy relację z pobytu w Himalajach!
Dzisiejszy dzień (sobota 13 kwietnia)
w połowie poświęciliśmy na przygotowania do trekkingu, a w
połowie na zwiedzanie zabytków, których nie mieliśmy jeszcze
okazji zobaczyć. Na szczęście dziś nie spóźniliśmy się na
śniadanie, nie musieliśmy nikomu robić problemu i na dodatek
mieliśmy bonus w postaci zjedzenia go na tarasie (ufff, trochę było
gorąco!). Pozałatwialiśmy trochę spraw typu pranie i bilety i
ruszyliśmy na miasto w celu zwiedzenia hinduistycznej świątyni o
nazwie Pashupatinah, która jest położona we wschodniej części
miasta nad rzeką Bagmati (jedną z ośmiu rzek przepływających
przez miasto!). Pagoda została zbudowana na cześć boga Sziwy,
niestety jednak dla niewiernych, czyli dla nas, nie są dostępne
główne miejsca kultu. Bagmati, jako dopływ Gangesu , uważany jest
za rzekę świętą, tak więc na jej brzegu odbywają się zarówno
rytualne kąpiele jak i kremacje zwłok. Tych pierwszych nie było
nam dane zobaczyć. Kremację a i owszem i to nawet w detalach, ale o
tym, za chwilę.
Świątynia, jak można się domyślić
jest wielką atrakcją turystyczną i jak również można się
domyślić, jest płatna tylko i wyłącznie dla turystów. Trochę
zdziwieni dość wysoką (jak na standardy nepalskie) opłatą za
wstęp – 500 rupii, uznaliśmy jednak, że mamy niesamowite
szczęście, ponieważ dnia następnego czyli w dzień Nowego Roku,
opłata ta ma ulec podwojeniu! Zaraz po tym jak uiściliśmy opłatę,
podszedł do nas miły pan, który stanowczo i bez żadnych pytań,
poprowadził nas na tarasik, znajdujący się przy brzegu rzeki (w
Nepalu jest pora sucha więc rzeka była symbolicznym strumyczkiem,
przypominającym trochę ścieki :/) z którego mogliśmy obserwować
kremację zwłok starszej kobiety. Chyba nie byłam na to psychicznie
przygotowana, bo trochę mnie zamurowało i pomimo usilnych namów
„pana nadgorliwego”, żeby robić zdjęcia, nie byłam w stanie
włączyć aparatu. Bartek wykazał się trochę większą
przytomnością umysłu i ceremonia jest chociaż trochę przez niego
udokumentowana. Pan przewodnik samozwaniec (czemu piszę o nim z
lekką kpiną? Ponieważ realia są takie, że kiedy tutaj ktoś miły
podchodzi i zaczyna życzliwie opowiadać o tym co właśnie
zwiedzamy, pachnie to zawsze tym samym – koniecznością uiszczenia
opłaty i to w cenie z góry nie ustalonej przez obie strony, co nie
jest sytuacją zbyt komfortową) ze szczegółami opowiadał nam o
tym co działo się przed naszymi oczami. Mogliśmy z góry mu
powiedzieć, że bardzo dziękujemy, że sami sobie zwiedzimy, z
drugiej strony jednak mówił rzeczy bardzo ciekawe i wytłumaczył
nam przebieg całej ceremonii, więc nie mieliśmy jakoś ochoty mu
przerywać... Kobieta, która była spalana na naszych oczach
przechodziła typową rytualną kremację. Z tego co powiedział nam
przewodnik, pochodziła ona z rodziny biednej, tak więc jej synowie
sami zajmowali się podpalaniem stosu na którym leżała starsza
pani. Widok był trochę straszny, dość przejmujący i niesamowity.
Kremację zaczyna się od wsadzenia płonącej słomy do ust osoby
zmarłej, następnie podpalany jest cały stos, na którym się ona
znajduje. Zmarła/zmarły przykryci są całunem, a pod spodem leżą
zupełnie nadzy – według wierzeń hinduistycznych przychodzi się
na świat nagim, więc odejść również trzeba bez ubrania.
Ubranie, czyli zwoje kolorowego sari, leżały obok na schodach, aby
następnie zostać wrzuconymi do świętej rzeki, która ma zabrać
ze sobą wszystko co ziemskie, także później popioły zmarłej
osoby. Rodzina zmarłej osoby nie może płakać w trakcie ceremonii,
wierzy się, że łzy bliskich nie pozwalają duszy iść do nieba,
co przedłuża czas przyszłej reinkarnacji. Niemożliwość
wyrażenia żalu po stracie bliskiej osoby, przeżycia rozpaczy
wydało mi się trochę nieludzkie, jednak pan samozwaniec
powiedział, że później w domu rodziny mogą się już oddać
smutkowi. Nie mogą tylko ronić zbyt wielu łez... Nie zawsze też
wszyscy członkowie rodziny mogą uczestniczyć w tej ceremonii,
ponieważ kremacja musi odbyć się nie później niż 2-3 godziny od
chwili śmierci, zwłoki nie są nigdy przechowywane. Ciało ludzkie
pali się ok. 2 godzin, kobiety trochę dłużej, ponieważ ich ciała
posiadają w sobie większe ilości tłuszczu. Podobno kiedyś, dawno
temu, kobiety po stracie męża rzucały się za nim w ogień, w
trakcie jego kremacji, chyba nawet było to dość szeroko
praktykowane. Obecnie nie są to już częste praktyki, jednak nikt
nie może kobiecie tego zabronić i ma ona do tego najświętsze
prawo. Kiedy jednak się już na to zdecyduje i rzuca w ogień za
mężczyzną swego życia, rodzina skraca jej męki, rozbijając jej
czaszkę bambusowym kijem... Romantyczne, prawda? Daleka jestem od
oceniania obcych wierzeń i kultur, ale nie do końca jestem to w
stanie zrozumieć i chyba nawet do końca nie próbuję.
Wracając do kremacji, nad rzeką
znajduje się kilka stanowisk, ustawionych w rzędzie kamiennych
cokołów, na których składane są zwłoki. W ceremonii biorą
udział tylko mężczyźni, kobiety siedzą na uboczu i obserwują
całe wydarzenie nie biorąc w nim aktywnego udziału. Jeśli osoba
jest starsza i ma syna, to on dowodzi całą ceremonią i to on
właśnie wkłada do ust osoby zmarłej podpaloną słomę...
Po tym jak rozstaliśmy się grzecznie,
ale stanowczo z panem przewodnikiem, uiszczając symboliczną opłatę,
poszliśmy zwiedzić znajdujący się na terenie świątyni kompleks
małych pagód. Bardzo malowniczy widok, wśród świątynek skakały
małpy, spały krowy, siedzieli ludzie, krążyły psy i wszystkie te
stworzenia (wraz z ciekawskimi i wszędobylskimi turystami)
koegzystowali sobie w swego rodzaju symbiozie i spokoju. Małpy i
krowy są oczywiście święte i nie można robić im krzywdy
(podobno za zabicie świętej krowy, również przypadkiem, w kolizji
z samochodem, grozi 15 lat więzienia!).
Po spacerze, kiedy zmierzaliśmy do
wyjścia, natrafiliśmy na drugą kremację, również kobiety,
wydawało nam się, że młodszej od tej pierwszej, ale nie jesteśmy
na 100 procent pewni. Rodzina zmarłej była chyba bogatsza, ponieważ
kremacja odbywała się na jednym z pierwszych cokołów (kolejność
cokołów ma duże znaczenie), a poza tym wynajęli sobie
„podpalacza”, a może raczej powinnam powiedzieć „strażnika
ognia”. My mogliśmy obserwować całe wydarzenie z drugiej strony
rzeki, czyli z odległości jakichś 10 metrów. Po obmyciu ciała,
mężczyźni zabrali je z noszy i trzykrotnie okrążyli stos na
którym miała zostać złożona ich krewna. W trakcie tej „podróży”
ręka zmarłej kilkakrotnie wysuwała się z całunu i opadała
bezwładnie. Widok był hipnotyzujący i zarazem straszny. Nigdy nie
widzieliśmy tak blisko śmierci. Ulotność tej ziemskiej powłoki,
ciała, które tak łatwo można unicestwić, nigdy nie dotarła do
mnie tak bardzo jak dzisiejszego dnia. W kilka godzin wszystko co nam
bliskie tu na ziemi może ulecieć z dymem... tak po prostu
zniknąć... Kobiety towarzyszące ceremonii, może córki, może
siostry nie trzymały się tak dzielnie jak mężczyźni. Przez
chwilę słychać było ich łkanie, jedna z nich nawet odeszła na
bok, odwracała głowę, chowała się za bramę, wszystko po to,
żeby nie było widać jej łez, żeby nie zaszkodzić duszy
zmarłej.... Po tej całej ceremonii byłam dość przygnębiona, nie
chciałam już dłużej być w tym miejscu, gdzie tak łatwo
przypomnieć sobie o tym co nieodwracalne, o swej ludzkiej
marności... Bartek zaś stwierdził, że on już nie musi jechać do
Varanasi w Indiach, bo to samo zobaczył tutaj, w Nepalu i w sumie to
mu już wystarczy atrakcji tego typu. Muszę to przemyśleć, może
mi też już starczy.
Wróciliśmy do miasta,
przespacerowaliśmy się po tłumnych uliczkach, gdzie życie jest aż
nazbyt widoczne :-) Odprężeni poszliśmy na nasz ukochany dal bhat
– ryż z soczewicą i placuszkiem oraz różnymi pysznymi sosami,
najedliśmy się do mega syta i wróciliśmy do hostelu, gdzie już
od kilku godzin zajmujemy się blogiem, pakowaniem i ogarnianiem
wszystkiego przed wyjazdem.
Z łazienki dobiegają mnie dzikie
krzyki Bartka, to znak, że nie ma ciepłej wody! Przez ostatnie dwie
godziny nie było prądu i jechałam już na resztce baterii w
netbooku, tak więc sami widzicie, przygoda czeka tu na nas na każdym
kroku! I za to właśnie kochamy Azję! A za pięć miesięcy za to
samo będziemy już jej mieć pewnie trochę dosyć...
Ten bambusowy kij!!! Trochę to straszne, jednakowoż bardzo ciekawe. I chciałabym zobaczyć, i jednak może nie ... Ale cieszę się, że Wy nam opowiecie i pokażecie. Uważajcie na siebie jak nie wiem co, bo czekamy bardzo!!!
OdpowiedzUsuńZapomniałam napisać, to byłam ja, Wasza ciocia DW.
OdpowiedzUsuńczas szybko mija, niedługo wracamy! :-) a bambusowy kij był na tyle przejmujący, że odechciało nam się jechać do Varanasi...
Usuń