Nie, nie, nie, nie,
nie!!! Znów nam się nie udało dostać do Lukli! Wczorajszy
scenariusz się powtórzył... Wszystkie loty zostały odwołane.
Nie, przepraszam, podobno między godziną 5 a 7 odleciały 4
samoloty, ale ja już nikomu nie wierzę, więc ta informacja również
nie wydaje mi się w stu procentach prawdziwa. Nie, nie stałam się
nagle paranoiczką, po prostu usłyszałam dziś bardzo wiele
sprzecznych ze sobą informacji. Ale od początku. Opowiem Wam teraz
historię o tym, jak wygląda życie w Nepalu. :-)
Dziś rano, kiedy poszłam
zamówić śniadanie, poprosiłam naszego miłego gospodarza o to,
żeby zadzwonił do linii lotniczych i spytał czy loty do Lukli się
odbywają. Zadzwonił przy mnie, powiedział: „good news”,
mogliśmy odetchnąć z ulgą. Nie jest moim marzeniem i nigdy nie
było korzystać z lotniska w Lukli, jednak chciałam już tam być.
Już sama perspektywa spędzenia kolejnego dnia w hali lotniska była
dla nas męcząca...
Jak tylko przekroczyliśmy
jego progi, zobaczyliśmy tłumy „białasów” z plecakami
czekającymi przed stanowiskiem odprawiającym samoloty do Lukli. Na
stanowisku wisiała ta sama, znienawidzona przez nas, kartka głosząca, iż loty
do Lukli zostały opóźnione z powodu złej pogody. Przez chwilę
jeszcze mieliśmy nadzieję, że może zapomnieli jej zdjąć...
Niestety. Odszukaliśmy więc w hali naszych znajomych z wczoraj,
siedmioosobową grupę z południa Indii, która miała w zamyśle
zrobić ten sam trekking co my i która obecnie była w tej samej
sytuacji. W grupie zawsze raźniej, więc siedzieliśmy i radziliśmy
wspólnie co by tu zrobić... nasi znajomi byli w znacznie gorszym
położeniu niż my, ponieważ posiadają bilet powrotny do domu, my
zaś dysponujemy powiedzmy dowolną ilością czasu – w sumie w
Nepalu ogranicza nas tylko trzydziestodniowa wiza. Zresztą większość
osób, z którymi rozmawialiśmy na lotnisku była ograniczona jakimś
terminem (spotkaliśmy nawet grupę Polaków, którzy również
biedzili się co ze sobą począć). Po kilku godzinach czekania,
zastanawiania się i opowiadania sobie wzajemnie o swoich życiach i
krajach (Hindusi wiedzieli, że nasz prezydent zginął w katastrofie
lotniczej!), okazało się, że loty na dzień dzisiejszy są po
prostu odwołane. Dotarła do nas również informacja, że taka
sytuacja utrzymuje się już od tygodnia, czego nikt wcześniej nie
raczył nam powiedzieć. Rano leci kilka samolotów, później pogoda
się pogarsza i nikt nie jest w stanie już nic zrobić. Lotnisko w
Lukli jest na tyle „specyficzne”, że pogoda musi być, że tak
się wyrażę, „jak drut”. Innej możliwości na bezpieczne
lądowanie nie ma. Dobrze, że chociaż dbają o bezpieczeństwo i
nie bagatelizują nawet małego ryzyka. Powstał pomysł, żeby może
jednak lecieć helikopterem. Jeden z członków indyjskiej grupy,
posiada niezwykłe umiejętności negocjacyjne i wytargował loty za
250 dolarów od osoby. Musiałaby się tylko zebrać grupa dwudziestu
paru osób chętnych zapłacić tę cenę. Byliśmy już nawet
skłonni dopłacić tę stówkę do biletu samolotowego, byle już
tylko lecieć. Helikopter może wylądować przecież w o wiele
gorszych warunkach niż te, które panowały w Lukli (nadal wiało –
podobno). Atmosfera na lotnisku wyglądała niemal jak na jakimś
targu, każdy podchodził, coś mówił, wymieniał się
informacjami, ktoś negocjował, ktoś inny się irytował. Każdy
wiedział coś, czego nie wiedzieli inni... Było naprawdę zabawnie.
Szczerze, dobrze się w sumie bawiliśmy. No ale w końcu trzeba było
podjąć jakieś decyzje.
Większość naszych nowych „znajomych”
(z Indii, z Polski, z Norwegii(!)) zdecydowała się na zmianę
planu. Postanowili nie iść do EBC (Everest Base Camp) tylko do ABC
(Annapurna Base Camp). My jak zapewne wiecie nie mogliśmy podjąć,
a raczej nie chcieliśmy podjąć, takiej samej decyzji, z tego
prostego względu, że na ABC byliśmy dwa lata temu. Mogliśmy tylko
powiedzieć wszystkim innym, że to bardzo dobra decyzja i że na
pewno nie będą tego żałować. Trekking na ABC jest uznawany za
jeden z piękniejszych w Nepalu. My podjęliśmy z goła inną
decyzję, trochę dramatyczną.... Przed trekkingiem z Lukli do EBC,
zrobimy trekking z Jiri do Lukli, a to oznacza, że idziemy do Lukli
pieszo. Przedłuży to nasz trekking o ok. 6 dni. Co zyskamy?
Aklimatyzację, która po tak długim czasie spędzonym w górach
będzie naprawdę dobra, tym bardziej, że będziemy po drodze
przekraczać kilka przełęczy (w języku laika – góra-dół,
góra-dół), co stanowi wręcz idealne warunki do przyzwyczajenia
organizmu do przebywania w górach. Zyskujemy również tańsze
bilety w „tę”, autobusem do Jiri dostaniemy się za kilkaset
rupii, zamiast samolotem za kilkaset dolarów :-) (nie jest jednak
wykluczone, że jeśli warunki w Lukli się nie poprawią lub znów
zepsują w momencie, gdy będziemy chcieli wrócić, zapłacimy za
ten cholerny helikopter z nawiązką. Co stracimy? Czy w takich
okolicznościach przyrody w jakich znajdziemy się w Himalajach można
mówić o jakiejkolwiek stracie? Bartek pociesza mnie, że widoki
będą piękne. Ja tylko się zastanawiam czy nie poszalejemy siedząc
tyle dni bez cywilizacji (w końcu jesteśmy jednak i niestety
zwierzętami miejskimi), ale spoko - bierzemy książki. Bartuś kupił
sobie właśnie przed chwilą wielki wolumin o ... zdobywaniu
Everestu.
Jutro o 5 rano ruszamy na
dworzec autobusowy, a z niego jakimś autobusem, w ścisku i upale,
być może z kozami (hurrra, akurat lubię kozy), w ok. 8 lub 10
godzinną podróż do Jiri :D Wbrew pozorom naprawdę jesteśmy
podekscytowani :-)
Po powrocie z lotniska,
kiedy wróciliśmy do guesthouse'u, właściciel prawie padł jak nas
zobaczył, ale z uśmiechem nas przyjął i dostaliśmy swój kochany
pokoik sprzed dwóch dni.
Potem poszliśmy do
naszej ulubionej restauracyjki. Czemu o niej piszę, choć to
właściwie detal? Bo jak będziecie kiedyś w Katmandu, to naprawdę
serdecznie Wam ją polecamy. Nazywa się Mitho (posiada stronę na
Fejsbuku - https://www.facebook.com/mithorestaurant?fref=ts
) i jak sama się reklamuje, serwuje jedzenie nepalskie, indyjskie,
chińskie i … uwaga... włoskie! :-) Włoskiego nie próbowaliśmy,
jednak każde danie lokalne, które nam serwowano było przysłowiowym
niebem w gębie i od kilku dni wracamy tam każdego popołudnia. Ceny
są rozsądne, a obsługa bardzo sympatyczna. Są to młodzi ludzie i
wprawdzie często, zamiast obsługą, zajęci są pogaduszkami z
kumplami spoza restauracji, ale myślę, że na ich miejscu robiłabym
to samo. Dziś zamówiłam danie o nazwie Vegetable Biryani serwowane
z Raita. Nic Wam to nie mówi? Mnie też absolutnie nic nie mówiło.
Ważne było tylko, żeby nie było mięsa, a poza tym – witaj
przygodo!. Dostałam ogromny kopiec smażonego (chyba) ryżu, z
różnymi warzywami i przyprawami, a do tego miseczkę czegoś w
stylu zsiadłego mleka czy maślanki, również z warzywami i również
przyprawione. Oczywiście nie byłam w stanie zjeść tego sama,
połowę oddałam Dużemu ;-) Było naprawdę pyszne!
Po spacerze po mieście,
które znów mnie już nie męczy, poszliśmy jak zwykle na wieczorne
posiedzenie na tarasie. Spotkaliśmy tam chłopaka, który również
pochodzi z południowych Indii i który w swoim telefonie komórkowym
posiadał bardzo ciekawą i niesamowicie przydatną w warunkach
nepalskich aplikację. Aplikacją informowała, w jakich godzinach
jest w Nepalu wyłączany i włączany prąd. Miała podział na dni
(każdego dnia jest inaczej) i regiony! Ba, informowała nawet, w
ramach jakiegoś alarmu, o zbliżającej się porze bez prądu!
Chłopak, który nam to pokazał śmiał się, że jest to
najbardziej zaawansowana technologicznie rzecz w tym rozwijającym
się kraju... Pogadaliśmy sobie z nim trochę i okazało się, że
siedzi w Nepalu i pisze książkę, a zarazem pracuje trochę jako
coach biznesu i zarządzania w zachodnich firmach mających swe
siedziby w Nepalu! Dużo nam poopowiadał również o Indiach, a jak
wiadomo, w podróży każda informacja zdobyta, że tak się wyrażę
u źródła, jest bardzo cenna.
Kończę tymczasem, pójdę
się może wykąpać w zimnej wodzie (ciepłej znów nie ma) i
poubolewam trochę nad tym, że nie potrafię niczego napisać w
trzech zdaniach, tylko zawsze, ale to zawsze wychodzą mi całe
powieści.
Ha det bra!
ps. W następnych dniach pojawi się kilka relacji z naszych pierwszych dni w Nepalu. Przepraszamy za brak chronologii, mieliśmy to zaplanowane trochę inaczej, nasze plany pokrzyżowała pogoda :-)
शुभ सन्ध्या - to podobno po nepalsku, ale czy na pewno? Słyszeliśmy, że droga z Jiri do Lukli jest bardzo fajna :-)Sami byśmy się przeszli, ale nie mamy czasu... Pierwsze śliwki robaczywki, mamy nadzieję, że teraz pójdzie jak z płatka. Nieustająco trzymamy kciuki i nepalcie za dużo!
OdpowiedzUsuńmmmczar
Droga z Jiri rzeczywiście fajna. Polecam w wolnej (6-dniowej) chwili.
UsuńReszta poszła jak z płatka, to fakt.
Przyrzekamy, że palenia było bardzo mało. ;)
pozdrawiamy z Indyji