czwartek, 18 kwietnia 2013
same old story...
Nie, nie, nie, nie,
nie!!! Znów nam się nie udało dostać do Lukli! Wczorajszy
scenariusz się powtórzył... Wszystkie loty zostały odwołane.
Nie, przepraszam, podobno między godziną 5 a 7 odleciały 4
samoloty, ale ja już nikomu nie wierzę, więc ta informacja również
nie wydaje mi się w stu procentach prawdziwa. Nie, nie stałam się
nagle paranoiczką, po prostu usłyszałam dziś bardzo wiele
sprzecznych ze sobą informacji. Ale od początku. Opowiem Wam teraz
historię o tym, jak wygląda życie w Nepalu. :-)
Dziś rano, kiedy poszłam
zamówić śniadanie, poprosiłam naszego miłego gospodarza o to,
żeby zadzwonił do linii lotniczych i spytał czy loty do Lukli się
odbywają. Zadzwonił przy mnie, powiedział: „good news”,
mogliśmy odetchnąć z ulgą. Nie jest moim marzeniem i nigdy nie
było korzystać z lotniska w Lukli, jednak chciałam już tam być.
Już sama perspektywa spędzenia kolejnego dnia w hali lotniska była
dla nas męcząca...
Jak tylko przekroczyliśmy
jego progi, zobaczyliśmy tłumy „białasów” z plecakami
czekającymi przed stanowiskiem odprawiającym samoloty do Lukli. Na
stanowisku wisiała ta sama, znienawidzona przez nas, kartka głosząca, iż loty
do Lukli zostały opóźnione z powodu złej pogody. Przez chwilę
jeszcze mieliśmy nadzieję, że może zapomnieli jej zdjąć...
Niestety. Odszukaliśmy więc w hali naszych znajomych z wczoraj,
siedmioosobową grupę z południa Indii, która miała w zamyśle
zrobić ten sam trekking co my i która obecnie była w tej samej
sytuacji. W grupie zawsze raźniej, więc siedzieliśmy i radziliśmy
wspólnie co by tu zrobić... nasi znajomi byli w znacznie gorszym
położeniu niż my, ponieważ posiadają bilet powrotny do domu, my
zaś dysponujemy powiedzmy dowolną ilością czasu – w sumie w
Nepalu ogranicza nas tylko trzydziestodniowa wiza. Zresztą większość
osób, z którymi rozmawialiśmy na lotnisku była ograniczona jakimś
terminem (spotkaliśmy nawet grupę Polaków, którzy również
biedzili się co ze sobą począć). Po kilku godzinach czekania,
zastanawiania się i opowiadania sobie wzajemnie o swoich życiach i
krajach (Hindusi wiedzieli, że nasz prezydent zginął w katastrofie
lotniczej!), okazało się, że loty na dzień dzisiejszy są po
prostu odwołane. Dotarła do nas również informacja, że taka
sytuacja utrzymuje się już od tygodnia, czego nikt wcześniej nie
raczył nam powiedzieć. Rano leci kilka samolotów, później pogoda
się pogarsza i nikt nie jest w stanie już nic zrobić. Lotnisko w
Lukli jest na tyle „specyficzne”, że pogoda musi być, że tak
się wyrażę, „jak drut”. Innej możliwości na bezpieczne
lądowanie nie ma. Dobrze, że chociaż dbają o bezpieczeństwo i
nie bagatelizują nawet małego ryzyka. Powstał pomysł, żeby może
jednak lecieć helikopterem. Jeden z członków indyjskiej grupy,
posiada niezwykłe umiejętności negocjacyjne i wytargował loty za
250 dolarów od osoby. Musiałaby się tylko zebrać grupa dwudziestu
paru osób chętnych zapłacić tę cenę. Byliśmy już nawet
skłonni dopłacić tę stówkę do biletu samolotowego, byle już
tylko lecieć. Helikopter może wylądować przecież w o wiele
gorszych warunkach niż te, które panowały w Lukli (nadal wiało –
podobno). Atmosfera na lotnisku wyglądała niemal jak na jakimś
targu, każdy podchodził, coś mówił, wymieniał się
informacjami, ktoś negocjował, ktoś inny się irytował. Każdy
wiedział coś, czego nie wiedzieli inni... Było naprawdę zabawnie.
Szczerze, dobrze się w sumie bawiliśmy. No ale w końcu trzeba było
podjąć jakieś decyzje.
Większość naszych nowych „znajomych”
(z Indii, z Polski, z Norwegii(!)) zdecydowała się na zmianę
planu. Postanowili nie iść do EBC (Everest Base Camp) tylko do ABC
(Annapurna Base Camp). My jak zapewne wiecie nie mogliśmy podjąć,
a raczej nie chcieliśmy podjąć, takiej samej decyzji, z tego
prostego względu, że na ABC byliśmy dwa lata temu. Mogliśmy tylko
powiedzieć wszystkim innym, że to bardzo dobra decyzja i że na
pewno nie będą tego żałować. Trekking na ABC jest uznawany za
jeden z piękniejszych w Nepalu. My podjęliśmy z goła inną
decyzję, trochę dramatyczną.... Przed trekkingiem z Lukli do EBC,
zrobimy trekking z Jiri do Lukli, a to oznacza, że idziemy do Lukli
pieszo. Przedłuży to nasz trekking o ok. 6 dni. Co zyskamy?
Aklimatyzację, która po tak długim czasie spędzonym w górach
będzie naprawdę dobra, tym bardziej, że będziemy po drodze
przekraczać kilka przełęczy (w języku laika – góra-dół,
góra-dół), co stanowi wręcz idealne warunki do przyzwyczajenia
organizmu do przebywania w górach. Zyskujemy również tańsze
bilety w „tę”, autobusem do Jiri dostaniemy się za kilkaset
rupii, zamiast samolotem za kilkaset dolarów :-) (nie jest jednak
wykluczone, że jeśli warunki w Lukli się nie poprawią lub znów
zepsują w momencie, gdy będziemy chcieli wrócić, zapłacimy za
ten cholerny helikopter z nawiązką. Co stracimy? Czy w takich
okolicznościach przyrody w jakich znajdziemy się w Himalajach można
mówić o jakiejkolwiek stracie? Bartek pociesza mnie, że widoki
będą piękne. Ja tylko się zastanawiam czy nie poszalejemy siedząc
tyle dni bez cywilizacji (w końcu jesteśmy jednak i niestety
zwierzętami miejskimi), ale spoko - bierzemy książki. Bartuś kupił
sobie właśnie przed chwilą wielki wolumin o ... zdobywaniu
Everestu.
Jutro o 5 rano ruszamy na
dworzec autobusowy, a z niego jakimś autobusem, w ścisku i upale,
być może z kozami (hurrra, akurat lubię kozy), w ok. 8 lub 10
godzinną podróż do Jiri :D Wbrew pozorom naprawdę jesteśmy
podekscytowani :-)
Po powrocie z lotniska,
kiedy wróciliśmy do guesthouse'u, właściciel prawie padł jak nas
zobaczył, ale z uśmiechem nas przyjął i dostaliśmy swój kochany
pokoik sprzed dwóch dni.
Potem poszliśmy do
naszej ulubionej restauracyjki. Czemu o niej piszę, choć to
właściwie detal? Bo jak będziecie kiedyś w Katmandu, to naprawdę
serdecznie Wam ją polecamy. Nazywa się Mitho (posiada stronę na
Fejsbuku - https://www.facebook.com/mithorestaurant?fref=ts
) i jak sama się reklamuje, serwuje jedzenie nepalskie, indyjskie,
chińskie i … uwaga... włoskie! :-) Włoskiego nie próbowaliśmy,
jednak każde danie lokalne, które nam serwowano było przysłowiowym
niebem w gębie i od kilku dni wracamy tam każdego popołudnia. Ceny
są rozsądne, a obsługa bardzo sympatyczna. Są to młodzi ludzie i
wprawdzie często, zamiast obsługą, zajęci są pogaduszkami z
kumplami spoza restauracji, ale myślę, że na ich miejscu robiłabym
to samo. Dziś zamówiłam danie o nazwie Vegetable Biryani serwowane
z Raita. Nic Wam to nie mówi? Mnie też absolutnie nic nie mówiło.
Ważne było tylko, żeby nie było mięsa, a poza tym – witaj
przygodo!. Dostałam ogromny kopiec smażonego (chyba) ryżu, z
różnymi warzywami i przyprawami, a do tego miseczkę czegoś w
stylu zsiadłego mleka czy maślanki, również z warzywami i również
przyprawione. Oczywiście nie byłam w stanie zjeść tego sama,
połowę oddałam Dużemu ;-) Było naprawdę pyszne!
Po spacerze po mieście,
które znów mnie już nie męczy, poszliśmy jak zwykle na wieczorne
posiedzenie na tarasie. Spotkaliśmy tam chłopaka, który również
pochodzi z południowych Indii i który w swoim telefonie komórkowym
posiadał bardzo ciekawą i niesamowicie przydatną w warunkach
nepalskich aplikację. Aplikacją informowała, w jakich godzinach
jest w Nepalu wyłączany i włączany prąd. Miała podział na dni
(każdego dnia jest inaczej) i regiony! Ba, informowała nawet, w
ramach jakiegoś alarmu, o zbliżającej się porze bez prądu!
Chłopak, który nam to pokazał śmiał się, że jest to
najbardziej zaawansowana technologicznie rzecz w tym rozwijającym
się kraju... Pogadaliśmy sobie z nim trochę i okazało się, że
siedzi w Nepalu i pisze książkę, a zarazem pracuje trochę jako
coach biznesu i zarządzania w zachodnich firmach mających swe
siedziby w Nepalu! Dużo nam poopowiadał również o Indiach, a jak
wiadomo, w podróży każda informacja zdobyta, że tak się wyrażę
u źródła, jest bardzo cenna.
Kończę tymczasem, pójdę
się może wykąpać w zimnej wodzie (ciepłej znów nie ma) i
poubolewam trochę nad tym, że nie potrafię niczego napisać w
trzech zdaniach, tylko zawsze, ale to zawsze wychodzą mi całe
powieści.
Ha det bra!
ps. W następnych dniach pojawi się kilka relacji z naszych pierwszych dni w Nepalu. Przepraszamy za brak chronologii, mieliśmy to zaplanowane trochę inaczej, nasze plany pokrzyżowała pogoda :-)
środa, 17 kwietnia 2013
wciąż w Katmandu...
Niestety nie udało nam się dziś wylecieć... wszystkie loty do Lukli zostały odwołane, ze względu na istniejące tam słabe warunki pogodowe... Mamy wielką nadzieję, że uda się jutro, ponieważ nie możemy się już doczekać trekkingu, a poza tym Katmandu zaczęło nas już trochę męczyć... szybko, co? ;-)
Dzisiejszy dzień spędziliśmy prawie w całości na lotnisku, wraz z kilkudziesięcioma innymi osobami w takiej samej sytuacji jak my, czekając na cud, czyli poprawę pogody. Niestety cud nie nastąpił i siedzimy sobie teraz w naszym guesthousie i zaraz pójdziemy na taras, pokorzystać z widoków, póki jeszcze jest widno :-)
Trzymajcie kciuki za jutro!!
wtorek, 16 kwietnia 2013
Pod Everest
Jutro ruszamy na trekking do bazy pod Everestem. Lecimy samolotem do Lukli. Musieliśmy zmodyfikować nasz oryginalny plan lotu do Phaplu, bo tamtejsze lotnisko jest w remoncie. Od jutra przez najbliższe 2-3 tygodnie nie będziemy mieć dostępu do sieci, więc nie oczekujcie relacji na bieżąco. Uda się jedynie w najbliższych dniach opublikować nasze pierwsze przygody w Nepalu, po wylądowaniu w Katmandu.
Trasa trekkingu standardowa: Lukla-Namcze Bazar-Gorak Shep-Kala Pattar/Everst Base Camp i z powrotem. Przy dobrej pogodzie i zdrowiu do zrobienia w 2 tyg. Przy gorszych warunkach - trzy.
Maksymalna planowana wysokość to ponad 5500 m n.p.m.
Trzymajcie kciuki i do usłyszenia
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
Szczęśliwego Nowego Roku!
W Katmandu wieczorem słychać...
Rihannę i Beyonce... Dziś w Nepalu jest Sylwester Nowego Roku
(2070), a my zamiast siedzieć na jakiejś imprezie, urządzamy
wielkie pakowanie oraz pisanie postów na bloga. Wprawdzie, kiedy
będziecie czytać tego konkretnego posta my już od jakiegoś czasu
będziemy na trekkingu, no ale jakoś musimy dozować te
przyjemności, a poza tym nie chcemy Was męczyć zbyt dużą dawką
informacji naraz, a poza tym przez dość długi czas nie będzie od
nas raczej żadnych wieści. Wszystko mam jednak zamiar skrupulatnie
notować w notatniku, którego nieszczęsną historię już
poznaliście i mam nadzieję, że w miarę szybko po powrocie
umieścimy relację z pobytu w Himalajach!
Dzisiejszy dzień (sobota 13 kwietnia)
w połowie poświęciliśmy na przygotowania do trekkingu, a w
połowie na zwiedzanie zabytków, których nie mieliśmy jeszcze
okazji zobaczyć. Na szczęście dziś nie spóźniliśmy się na
śniadanie, nie musieliśmy nikomu robić problemu i na dodatek
mieliśmy bonus w postaci zjedzenia go na tarasie (ufff, trochę było
gorąco!). Pozałatwialiśmy trochę spraw typu pranie i bilety i
ruszyliśmy na miasto w celu zwiedzenia hinduistycznej świątyni o
nazwie Pashupatinah, która jest położona we wschodniej części
miasta nad rzeką Bagmati (jedną z ośmiu rzek przepływających
przez miasto!). Pagoda została zbudowana na cześć boga Sziwy,
niestety jednak dla niewiernych, czyli dla nas, nie są dostępne
główne miejsca kultu. Bagmati, jako dopływ Gangesu , uważany jest
za rzekę świętą, tak więc na jej brzegu odbywają się zarówno
rytualne kąpiele jak i kremacje zwłok. Tych pierwszych nie było
nam dane zobaczyć. Kremację a i owszem i to nawet w detalach, ale o
tym, za chwilę.
Świątynia, jak można się domyślić
jest wielką atrakcją turystyczną i jak również można się
domyślić, jest płatna tylko i wyłącznie dla turystów. Trochę
zdziwieni dość wysoką (jak na standardy nepalskie) opłatą za
wstęp – 500 rupii, uznaliśmy jednak, że mamy niesamowite
szczęście, ponieważ dnia następnego czyli w dzień Nowego Roku,
opłata ta ma ulec podwojeniu! Zaraz po tym jak uiściliśmy opłatę,
podszedł do nas miły pan, który stanowczo i bez żadnych pytań,
poprowadził nas na tarasik, znajdujący się przy brzegu rzeki (w
Nepalu jest pora sucha więc rzeka była symbolicznym strumyczkiem,
przypominającym trochę ścieki :/) z którego mogliśmy obserwować
kremację zwłok starszej kobiety. Chyba nie byłam na to psychicznie
przygotowana, bo trochę mnie zamurowało i pomimo usilnych namów
„pana nadgorliwego”, żeby robić zdjęcia, nie byłam w stanie
włączyć aparatu. Bartek wykazał się trochę większą
przytomnością umysłu i ceremonia jest chociaż trochę przez niego
udokumentowana. Pan przewodnik samozwaniec (czemu piszę o nim z
lekką kpiną? Ponieważ realia są takie, że kiedy tutaj ktoś miły
podchodzi i zaczyna życzliwie opowiadać o tym co właśnie
zwiedzamy, pachnie to zawsze tym samym – koniecznością uiszczenia
opłaty i to w cenie z góry nie ustalonej przez obie strony, co nie
jest sytuacją zbyt komfortową) ze szczegółami opowiadał nam o
tym co działo się przed naszymi oczami. Mogliśmy z góry mu
powiedzieć, że bardzo dziękujemy, że sami sobie zwiedzimy, z
drugiej strony jednak mówił rzeczy bardzo ciekawe i wytłumaczył
nam przebieg całej ceremonii, więc nie mieliśmy jakoś ochoty mu
przerywać... Kobieta, która była spalana na naszych oczach
przechodziła typową rytualną kremację. Z tego co powiedział nam
przewodnik, pochodziła ona z rodziny biednej, tak więc jej synowie
sami zajmowali się podpalaniem stosu na którym leżała starsza
pani. Widok był trochę straszny, dość przejmujący i niesamowity.
Kremację zaczyna się od wsadzenia płonącej słomy do ust osoby
zmarłej, następnie podpalany jest cały stos, na którym się ona
znajduje. Zmarła/zmarły przykryci są całunem, a pod spodem leżą
zupełnie nadzy – według wierzeń hinduistycznych przychodzi się
na świat nagim, więc odejść również trzeba bez ubrania.
Ubranie, czyli zwoje kolorowego sari, leżały obok na schodach, aby
następnie zostać wrzuconymi do świętej rzeki, która ma zabrać
ze sobą wszystko co ziemskie, także później popioły zmarłej
osoby. Rodzina zmarłej osoby nie może płakać w trakcie ceremonii,
wierzy się, że łzy bliskich nie pozwalają duszy iść do nieba,
co przedłuża czas przyszłej reinkarnacji. Niemożliwość
wyrażenia żalu po stracie bliskiej osoby, przeżycia rozpaczy
wydało mi się trochę nieludzkie, jednak pan samozwaniec
powiedział, że później w domu rodziny mogą się już oddać
smutkowi. Nie mogą tylko ronić zbyt wielu łez... Nie zawsze też
wszyscy członkowie rodziny mogą uczestniczyć w tej ceremonii,
ponieważ kremacja musi odbyć się nie później niż 2-3 godziny od
chwili śmierci, zwłoki nie są nigdy przechowywane. Ciało ludzkie
pali się ok. 2 godzin, kobiety trochę dłużej, ponieważ ich ciała
posiadają w sobie większe ilości tłuszczu. Podobno kiedyś, dawno
temu, kobiety po stracie męża rzucały się za nim w ogień, w
trakcie jego kremacji, chyba nawet było to dość szeroko
praktykowane. Obecnie nie są to już częste praktyki, jednak nikt
nie może kobiecie tego zabronić i ma ona do tego najświętsze
prawo. Kiedy jednak się już na to zdecyduje i rzuca w ogień za
mężczyzną swego życia, rodzina skraca jej męki, rozbijając jej
czaszkę bambusowym kijem... Romantyczne, prawda? Daleka jestem od
oceniania obcych wierzeń i kultur, ale nie do końca jestem to w
stanie zrozumieć i chyba nawet do końca nie próbuję.
Wracając do kremacji, nad rzeką
znajduje się kilka stanowisk, ustawionych w rzędzie kamiennych
cokołów, na których składane są zwłoki. W ceremonii biorą
udział tylko mężczyźni, kobiety siedzą na uboczu i obserwują
całe wydarzenie nie biorąc w nim aktywnego udziału. Jeśli osoba
jest starsza i ma syna, to on dowodzi całą ceremonią i to on
właśnie wkłada do ust osoby zmarłej podpaloną słomę...
Po tym jak rozstaliśmy się grzecznie,
ale stanowczo z panem przewodnikiem, uiszczając symboliczną opłatę,
poszliśmy zwiedzić znajdujący się na terenie świątyni kompleks
małych pagód. Bardzo malowniczy widok, wśród świątynek skakały
małpy, spały krowy, siedzieli ludzie, krążyły psy i wszystkie te
stworzenia (wraz z ciekawskimi i wszędobylskimi turystami)
koegzystowali sobie w swego rodzaju symbiozie i spokoju. Małpy i
krowy są oczywiście święte i nie można robić im krzywdy
(podobno za zabicie świętej krowy, również przypadkiem, w kolizji
z samochodem, grozi 15 lat więzienia!).
Po spacerze, kiedy zmierzaliśmy do
wyjścia, natrafiliśmy na drugą kremację, również kobiety,
wydawało nam się, że młodszej od tej pierwszej, ale nie jesteśmy
na 100 procent pewni. Rodzina zmarłej była chyba bogatsza, ponieważ
kremacja odbywała się na jednym z pierwszych cokołów (kolejność
cokołów ma duże znaczenie), a poza tym wynajęli sobie
„podpalacza”, a może raczej powinnam powiedzieć „strażnika
ognia”. My mogliśmy obserwować całe wydarzenie z drugiej strony
rzeki, czyli z odległości jakichś 10 metrów. Po obmyciu ciała,
mężczyźni zabrali je z noszy i trzykrotnie okrążyli stos na
którym miała zostać złożona ich krewna. W trakcie tej „podróży”
ręka zmarłej kilkakrotnie wysuwała się z całunu i opadała
bezwładnie. Widok był hipnotyzujący i zarazem straszny. Nigdy nie
widzieliśmy tak blisko śmierci. Ulotność tej ziemskiej powłoki,
ciała, które tak łatwo można unicestwić, nigdy nie dotarła do
mnie tak bardzo jak dzisiejszego dnia. W kilka godzin wszystko co nam
bliskie tu na ziemi może ulecieć z dymem... tak po prostu
zniknąć... Kobiety towarzyszące ceremonii, może córki, może
siostry nie trzymały się tak dzielnie jak mężczyźni. Przez
chwilę słychać było ich łkanie, jedna z nich nawet odeszła na
bok, odwracała głowę, chowała się za bramę, wszystko po to,
żeby nie było widać jej łez, żeby nie zaszkodzić duszy
zmarłej.... Po tej całej ceremonii byłam dość przygnębiona, nie
chciałam już dłużej być w tym miejscu, gdzie tak łatwo
przypomnieć sobie o tym co nieodwracalne, o swej ludzkiej
marności... Bartek zaś stwierdził, że on już nie musi jechać do
Varanasi w Indiach, bo to samo zobaczył tutaj, w Nepalu i w sumie to
mu już wystarczy atrakcji tego typu. Muszę to przemyśleć, może
mi też już starczy.
Wróciliśmy do miasta,
przespacerowaliśmy się po tłumnych uliczkach, gdzie życie jest aż
nazbyt widoczne :-) Odprężeni poszliśmy na nasz ukochany dal bhat
– ryż z soczewicą i placuszkiem oraz różnymi pysznymi sosami,
najedliśmy się do mega syta i wróciliśmy do hostelu, gdzie już
od kilku godzin zajmujemy się blogiem, pakowaniem i ogarnianiem
wszystkiego przed wyjazdem.
Z łazienki dobiegają mnie dzikie
krzyki Bartka, to znak, że nie ma ciepłej wody! Przez ostatnie dwie
godziny nie było prądu i jechałam już na resztce baterii w
netbooku, tak więc sami widzicie, przygoda czeka tu na nas na każdym
kroku! I za to właśnie kochamy Azję! A za pięć miesięcy za to
samo będziemy już jej mieć pewnie trochę dosyć...
niedziela, 14 kwietnia 2013
Obrazy z Katmandu dzisiaj dam Wam tu
| Obowiązkowa dezynsekcja samolotu przed lądowaniem w Nepalu |
| Nepalskie Wi-fi |
| Bank, który w nazwie podaje wartość posiadanych aktywów |
| Mnie na domowy melanż nie trzeba zachęcać |
| Dziewczynka z sokiem |
| Buddyjskie cuś |
| Kuchnia od kuchni |
| Pierożki momo |
| Wiele znaków na niebie i ziemi sugeruje, że może jednak powinniśmy wracać do domu |
| Nie ma róży bez coli |
| Durbar Square |
| Uliczki Katmandu |
| Okolice Durbar Square |
Kurz + upał = szczęście
Katmandu!
Nasza podróż do Katmandu trwała
około 20 godzin. Ze Stambułu polecieliśmy do Szardży, koło
Dubaju, tam przez 9 godzin koczowaliśmy na lotnisku, a potem już
prosto do Nepalu. Podróżowaliśmy liniami Zjednoczonych Emiratów
Arabskich, o dumnej nazwie Air Arabia. Nowoczesna flota, obsługa bez
zarzutu... Wydawało nam się, że nic nas nie zaskoczy... A jednak,
na samym początku lotu w głośnikach rozbrzmiała modlitwa do
Allaha, z tego co zrozumieliśmy, o bezpieczną podróż. Wiem, że
myślę stereotypowo, ale troszkę mnie to zmroziło... Do Szardży
podróżowali z nami Arabowie z 20 walizkami, 3 żonami i 14 dziećmi
każdy. Mieliśmy wrażenie, że chyba się tam nie zmieścimy... Z
kolei z Szardży do Nepalu towarzyszyli nam głównie Nepalczycy,
mężczyźni, zapewne robotnicy pracujący przy gigantycznych
budowach w Dubaju, którzy jechali na wakacje, bądź po zakończeniu
kontraktu do domu. Nie mieli zbyt wiele bagażu i wyglądali raczej
na zabiedzonych, ale za to non stop latali do toalety... Przed
lądowaniem w Katmandu czekała nas kolejna niespodzianka. W
głośnikach usłyszeliśmy komunikat, że w związku z
obowiązującymi w Nepalu przepisami, samolot przed lądowaniem musi
przejść dezynsekcję środkiem owadobójczym.... To jak wyglądał
ten proceder, zobaczycie pewnie na zdjęciu, Bartek oczywiście nie
mógł się powstrzymać :-)
Dolecieliśmy wieczorem, koło 21 czasu
lokalnego. Właściciel naszego hostelu pomylił wszystkie godziny i
nie wysłał po nas samochodu (chociaż wcześniej się na to
umawialiśmy), ale „cudem” znalazł się jakiś życzliwy, który
znał nasz hostel, zadzwonił do właściciela i uzgodnił z nim, że
to on właśnie nas zabierze do „domu”. Cała przygoda skończyła
się bardzo dobrze, jak to w Nepalu.
Hostel okazał się o niebo lepszy od
tego w Stambule. Wprawdzie nasz pokój zarezerwowany jeszcze w Polsce
był zajęty przez kogoś chorego, kogo właściciel nie miał serca
wyrzucić (ciekawe czy to prawda ;-) ), ale pozwolił nam sobie
wybrać pokój zastępczy i obiecał super ekstra pokój dnia
następnego. Kiedy się wykąpaliśmy, wyszykowaliśmy i trochę
rozpakowaliśmy, była już 23:00. Nie zrażeni tym faktem
postanowiliśmy iść na miasto i coś zjeść. Niestety miasto nas
nie chciało i okazało się, że wszystko w okolicy jest zamknięte.
Z pustymi żołądkami wróciliśmy do hostelu i zadowoliliśmy się
suszonymi bananami i czekoladą (które wiozłam z Polski specjalnie
na trekking :-) ). Bartek, który przespał pół podróży ze
Stambułu do Nepalu nie bardzo mógł poradzić sobie z zaśnięciem.
Ja nie miałam tego problemu, jakoś ostatnio spać mogę w każdych
ilościach...
Następny dzień zaczął się dla nas
oczywiście bardzo późno. Wstaliśmy koło południa, no ale za to
jesteśmy chyba usprawiedliwieni, w końcu różnica czasu wykończyć
może najlepszych! Kiedy poszłam spytać o śniadanie dowiedziałam
się, że jest ono wliczone w cenę noclegu (wow!) i że w ramach
wyjątku zaserwują je nam po czasie, bo normalnie wydają tylko do
10. Postanowiliśmy ten dzień poświęcić na załatwianie
formalności trekkingowych. Musieliśmy kupić bilety na samolot,
załatwić pozwolenia na trekking i zrobić zakupy przedtrekkingowe,
ponieważ na trasie wszystko jest kilka razy droższe, a kilku rzeczy
zapomnieliśmy (zapomniałam) zabrać z Polski. Udało mi się nawet
kupić okulary od Armaniego, po naprawdę okazyjnej cenie! ;-)
Jak po dwóch latach od naszego
ostatniego pobytu wygląda Katmandu? Niewiele się zmieniło... Ulice
są tak samo zatłoczone, przepełnione wszelkiego rodzaju pojazdami
i zakurzone. Kiedy wyszliśmy na ulicę i wciągnęliśmy w płuca
ten kurz i te 30 stopni ciepła, poczułam, że wracają wspomnienia
i ogarnia mnie czyste poczucie szczęścia. Było tak jak wtedy, było
cudownie. Po głowie zaczęły mi krążyć myśli, co takiego
robiłam przez te dwa lata, czemu na tak długo przerwaliśmy
podróżowanie. Odpowiedź jest oczywista, a jednak nie do końca.
Kiedy się rusza w drogę po raz kolejny i w końcu (!!!) zaczyna
czuć ten dreszczyk i te emocje, na wszystko zaczyna się patrzeć w
innym wymiarze. Ciężko mi to w tej chwili wyjaśnić, może za
jakiś czas łatwiej mi będzie ubrać w słowa te wszystkie uczucia,
które przemknęły przeze mnie, kiedy wyszliśmy wczoraj na ulice
Katmandu.
Katmandu, stolica Nepalu, tak naprawdę
nie jest najprzyjemniejszym miastem do zwiedzania. W części
turystycznej, na Thamelu, jest wprost masakrycznie przepełnione
turystami ( i dlaczego, no dlaczego najczęściej widzę i słyszę
Francuzów? :-) ), sklepikami i ludźmi próbującymi sprzedać
wszelkie, potencjalnie atrakcyjne towary. W częściach mniej
turystycznych jest po prostu strasznie! Przeorane lub nieistniejące
chodniki, wszędobylski pył, nieskoordynowany ruch uliczny,
przerażające ilości bezdomnych psów (zupełnie nieagresywnych i w
najmniejszym stopniu niezainteresowanych osobnikami gatunku
człowieczego), brud, smród i ubóstwo. Dosłownie. Było cudownie,
w końcu poczułam, że wyruszyłam w podróż, w końcu to było to
na co czekałam i miałam nadzieję, że się objawi. Tego pierwszego
dnia w Katmandu, nie przeszkadzały mi żadne niedogodności, nawet
to, że moje świetne klapeczki w kilku miejscach obtarły mi stopy
(reakcja Bartka: „no pięknie, przed samym trekkingiem! Jutro ich
nie zakładasz! No i co teraz będzie!” ;-) ).
Tak więc pierwszego dnia w Katmandu
załatwialiśmy nasze ważne sprawy i niestety nie udało się
uniknąć małych wpadek. Postanowiłam, że na wyprawę w góry
kupię sobie notatnik z papieru nepalskiego, superlekki więc
praktyczny, a na dodatek ładny (na kolejne kilkanaście dni
zapominamy o kompie i necie). Wybraliśmy więc w sklepie egzemplarz,
ustaliliśmy cenę 280 rupii, zapłaciliśmy banknotem 1000 i …
dostaliśmy o 100 rupii reszty za mało. Panowie zarzekali się, że
cena, którą podawali to 380, jednak ustaliliśmy z Bartkiem, że
nie jest to możliwe, żeby jednocześnie rzuciło nam się coś na
uszy. Nie było sensu kłócić się ze sprzedawcami, którzy na
każdy twój argument mają gotowych 5 innych (pan w sklepie z
okularami np. próbował mi wmówić, że pokrzywiona oprawka, to po
prostu taki styl, a okulary broń cię panie boże (buddo, sziwo) nie
są zepsute...). Niemniej jednak niesmak pozostał duży, tym
bardziej, kiedy sprawdziliśmy w innym sklepie, że cena naszego
notatnika, z całą pewnością nie mogła wynosić 380... to nie są
wielkie pieniądze, ale jak zwykle chodzi o zasady, o to, że ktoś
próbuje nas oszukać, że na każdym kroku trzeba być czujnym.
Witajcie w Azji :-) Przez następne 5 miesięcy będzie to nasza
rzeczywistość (no i trochę Wasza jeśli wytrwacie z nami na tym
blogu :-)... ).
W trakcie rajdu po sklepach zdążyła
mnie również obsikać mała dziewczynka (nie pytajcie, nie wiem jak
to się stało), inna dziewczynka wyłudziła od nas sok za zrobienie
zdjęcia, którego hmmm wcale nie chcieliśmy (no ale lepiej już
kupić sok niż dać pieniądze, prawda? chociaż Bartek stwierdził,
że sok kupiliśmy na pewno u wujka owej dziewczynki... :-) no
trudno), zaczepiło nas ze 150 osób oferujących nam usługi
trekkingowe, 320 próbujących nam sprzedać coś niezbędnego
(naszyjnik, „very beautiful madame”, małe drewniane skrzypce,
kamienny dzwon, kolczyki, gadżeciki, koszulki itd., itd...).
Po zmroku już dotarliśmy na Durbar
Square, wpisany na listę Unesco, który co prawda zwiedziliśmy już
dwa lata temu, ale pamiętaliśmy też, że w miłej knajpce obok
jedliśmy dobre nepalskie pierożki momo i postanowiliśmy znaleźć
miejsce w podobnym stylu, aby zrealizować podobny cel. Wdrapaliśmy
się na chyba 4 piętro jakiegoś budynku i na tarasie, kontemplując
nocną panoramę Katmandu zjedliśmy pyszne pierożki z pysznym
sosem, popijając, niezbyt pyszną, ale w moim mniemaniu zabijającą
wszelkie bakterie Coca-Colą. A swoją drogą to ciekawe, że w
Polsce na colę nie mogę patrzeć, jest dla mnie kwintesencją syfu
i złego odżywiania się i piję ją tylko raz na parę miesięcy i
to po imprezie, kiedy organizm domaga się różnych dziwnych
składników. Bartek z tego co wiem, również często coli w Polsce
nie spożywa. Na wyjeździe to nasz napój numer jeden. Po prostu
czujemy, że musimy ją pić. Zagadka, zagadka, a może jednak
faktycznie dobry zabójca bakterii...
Dzień skończyliśmy na tarasie
naszego hostelu (dopiero pod koniec dnia zorientowaliśmy się, że
hostel takowy posiada), pijąc dobre nepalskie piwko (to też
zagadka, w Polsce piwa nie tykam prawie nigdy, w podróży mi
smakuje) i dywagując sobie na temat podróży, życia, itd., itd.
Jest bosko!
sobota, 13 kwietnia 2013
Jeśli Stambułu Wam mało, oglądajcie śmiało!
| Poświęcenie specjalnie dla Was! Danusia aktualizuje bloga |
| Zaraz po przyjeździe do Stambułu wstrząsnęła nami wiadomość: Beyoglu nie żyje! |
| Wędkarstwo zostało włączone do programu Igrzysk od 2020 roku. Trening kadry Turcji. |
| Motyw romantyczny |
| Pałac Topkapi |
| Lecznicze pijawki - sprzedam |
| Lofty i squaty Stambułu |
| Under the bridge downtown, is where I ate some fish |
| Owczarek turecki |
| Are you nuts? |
| Konstantynopolitańczykowianeczka |
Stambuł cz.2
W poprzednim poście zapomniałam
napisać, chociaż pewnie większość z Was o tym wie, że Stambuł,
to byłe miasto imperium rzymskiego, Konstantynopol. W kolejnych
latach swej burzliwej historii Stambuł wpadł w posiadanie Osmanów
i stał się częścią ich imperium, a w XIX wieku zaczęto
europeizować miasto i wprowadzono architekturę w stylu baroku oraz
rokoko. Stąd może tak wielka różnorodność zabytków i stylów,
które przeplatają się ze sobą na każdym kroku. Pragnę również
zwrócić uwagę na fakt, iż jest to właśnie TO miejsce na ziemi,
w którym użycie rzekomo najdłuższego polskiego słowa jest najbardziej
prawdopodobne i uzasadnione :-)
Wracając do zwiedzania, mieliśmy na
nie jeszcze całą środę. Kiedy już się obudziliśmy, również
nie za wcześnie niestety, czekała nas niespodzianka. W końcu
wyszło słońce, a niebo przestało mieć kolor brudnej szmaty. Co
za radość! Pobiegliśmy „dozwiedzać” resztę atrakcji i w
pierwszej kolejności trafiliśmy na wieżę Galata, z której
rozciągał się widok na cieśninę Bosfor, Złoty Róg, Sultanahmet
oraz naszą dzielnicę Taksim. Było wspaniale. Z góry jeszcze
lepiej widać jak wielkimi kontrastami charakteryzuje się Stambuł.
Mam nadzieję, że chociaż troszkę uda nam się to pokazać na
zdjęciach. Po wieży poszliśmy zwiedzić pałac sułtański –
Topkapi, który w rzeczywistości nie jest jednym budynkiem
pałacowym, takim, jakie znamy w Europie, a raczej kompleksem
pawilonów rozmieszczonych w dużym parku. Nie zachwycił nas ani
pałac, ani skarby, zniechęcił nas za to tłum, naprawdę gęsty
tłum ludzi. Pałac wśród swych skarbów ma na przykład włos
proroka Mahometa, kawałek jego brody, odcisk stopy, 86 karatowy
brylant, gigantyczny, trzykilowy szafir i cała masę klejnotów,
które po setkach lat wyglądają trochę jak przytarte kawałki
plastiku... No ale wiecie już zapewne, że muzea lubimy mocno
średnio, najbardziej zachwyca nas przyroda, a tłumy ludzi
doprowadzają nas do rozpaczy (może przydałoby się wstawać trochę
wcześniej na zwiedzanie...wyciągniemy wnioski, może... :-))
W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze
kanapkę z makrelą (pycha!) pod mostem. Mamo nie martw się, nie
oszczędzamy aż tak bardzo! Po prostu pod mostem Galata znajduje się
swego rodzaju pod-piętro, na którym zorganizowano całą sieć
restauracyjek, serwujących głównie ryby. Na górze, bardzo wielu
wędkarzy próbuje swych szans w wodach Bosforu i mam szczerą
nadzieję, że makrela, którą zjedliśmy nie pochodziła od nich.
Wody Złotego Rogu wyglądają bardzo ładnie, są turkusowe, jednak
pływa tam tona śmieci i widok niezbyt zachęca do jedzenia owoców
tego akurat morza...
O 20:30 wsiedliśmy do autobusu w drogę
na lotnisko i właśnie już chyba 17 godzinę jesteśmy w drodze, a
do celu czyli Katmandu zostało nam ich jeszcze ze 2,5! Tak, znów
piszę posta z samolotu, jednak chyba zaraz wyłączę maszynę i
dołączę do śpiącego obok Bartka.
Podsumowując, ten mały kawałek
Turcji, który zobaczyliśmy w ciągu dwóch dni, bardzo nam się
spodobał i zrobił na nas duże wrażenie. Najfajniejsze jest jednak
to, że bardzo miło rozczarowali nas ludzie :-) Turcy są bardzo
sympatyczni, a przynajmniej ci mieszkający w Stambule.
Spodziewaliśmy się chyba trochę arabskiego stylu bycia, większej
krzykliwości, natarczywości, większego „naganiactwa”. A jednak
ludzie tam przeważnie się uśmiechają, są życzliwi i bardzo
pomocni. Nawet pan taksówkarz, któremu zatarasowałam przejazd
stając na środku uliczki, w celu zrobienia kolejnego „zdjęcia
życia ;-), nie zwyzywał mnie, nie trąbił, tylko poczekał z
uśmiechem, aż skończę moje dzieło i zejdę z ulicy uwalniając
przejazd (nie, nie stanęłam tam specjalnie mając w nosie
samochody, po prostu nie zauważyłam, że to małe i strome „coś”
to była uliczka!)
piątek, 12 kwietnia 2013
Stambuł cz.1
Słońce, nadciągamy?? Dobre sobie.
Stambuł przywitał nas chmurami, deszczem i ziąbem! Czuliśmy się
lekko zawiedzeni i prawie oszukani. Przecież miało być ciepło!
Nasz samolot lądował na lotnisku w
części azjatyckiej miasta (Stambuł leży zarówno w Europie jak i
Azji, obydwa kontynenty oddziela od siebie cieśnina Bosfor) i
niestety Azja nie powitała nas przyjaźnie - Bartka pokrowiec na
plecak zaginął gdzieś w odmętach luków bagażowych i próba
odzyskania go, lub przynajmniej złożenia oświadczenia o zgubie,
spotkała się ze stanowczą odmową ze strony pani reprezentującej
nasze nieszczęsne linie lotnicze. Chcąc nie chcąc zrezygnowaliśmy
z wykłócania się o swoje i poszliśmy szukać autobusu, łączącego
lotnisko z miastem. Z lotniska do centrum było ze 20 km, dziwiliśmy
się, że podróż miała trwać aż 1,5 godziny. Szybko jednak
okazało się, że autobus nie jedzie, a toczy się żółwim tempem,
co chwila trąbiąc i próbując w nieskoordynowany sposób
przecisnąć się pomiędzy innymi pojazdami. Zdziwiło mnie to
trochę, że na drodze jest aż taki ruch, ponieważ chwilę
wcześniej Bartek powiedział, że w Turcji ceny paliwa są najwyższe
w Europie, nawet wyższe niż w Norwegii. To czemu tych aut jest aż
tyle??!!
Nasz hostel, który zabukowaliśmy
jeszcze w Polsce, położony był w dzielnicy Taksim. Dzielnica ta
charakteryzuje się zabudową typowo europejską, w jakimś
przewodniku przeczytaliśmy nawet, że ta część miasta wygląda
trochę jak XIX-wieczny Paryż. Coś w tym jest, budynki są naprawdę
bardzo ładne, fasady bogato zdobione, ulice szerokie.... A jednak w
Paryżu w żadnym miejscu nie widziałam nigdy, aż takich
kontrastów. Piękne, wyremontowane budynki sąsiadują z kompletnymi
ruinami, bez okien, czasem nawet z częściowo zburzonymi ścianami.
I znów potwierdziły się słowa z przewodnika. Stambuł (nie
Istambuł, to nie po polsku :-) ) to miasto kontrastów, które można
tu spotkać na każdym kroku. Bogate budynki w sąsiedztwie ruin,
bogaci ludzie w otoczeniu żebraków, piękne widoki, przeplatające
się z widokami szkaradnymi.... Wszystko razem wygląda dość
dziwnie, a jednak bardzo nam się tam podobało. Oczywiście nie
widzieliśmy całego miasta. Ciężko nam się wypowiadać o tym jaki
Stambuł jest we wszystkich jego zakątkach. Jednak to co
zobaczyliśmy przez dwa dni pobytu, przypadło nam bardzo do gustu i
sprawiło, że z przyjemnością włóczyliśmy się po uliczkach
oraz większych i mniejszych zabytkach.
Wracając do hostelu... nie
spodziewaliśmy się wielkiego luksusu... Europejskie hostele w
zadowalającym nas przedziale cenowym nigdy nie są wspaniałe, ba,
nawet fajne. Jednak hostel Soho w Stambule, był już nawet poniżej
naszych i tak niewielkich oczekiwań. Obsługa była bardzo miła i
przyjazna, fakt, ale syf straszny, zero informacji dla turystów (co
jest raczej standardem), dziewięcioosobowy pokoik o powierzchni, no
nie wiem... może z 6 metrów kwadratowych (trzypiętrowe łózka bez
drabinek :-) ) i co najgorsze, wieczny smród dymu papierosowego
rozprzestrzeniającego się po całym hostelu. Co z tego, że
wydzielono palarnię skoro znajdowała się ona w dolnej części
budynku i mieściła się w kuchni nie posiadającej drzwi... Najzabawniejsze w tym wszystkim był fakt, iż w naszym wielkim pokoju rezydowała i bezwstydnie chrapała cała obsługa hostelu, (no dobra chrapał może tylko jeden facet, ale tak, że chciałm go zabić), mieli tam swoje "stałe" łóżka, jakieś rzeczy porozrzucane po pokoju, itd...
Pierwszego wieczoru hostel lekko nas przygnębił, uciekliśmy szybko na miasto i chodziliśmy jak najdłużej daliśmy radę, co nie było łatwe ze względu na ziąb i siąpiący deszcz. Na drugi dzień przyzwyczailiśmy się chyba trochę do naszego lokum, przypomnieliśmy sobie jak się podróżuje długoterminowo i Soho nie wydawało nam się już takie straszne. Mimo wszystko jednak serdecznie go NIE polecamy!
Pierwszego wieczoru hostel lekko nas przygnębił, uciekliśmy szybko na miasto i chodziliśmy jak najdłużej daliśmy radę, co nie było łatwe ze względu na ziąb i siąpiący deszcz. Na drugi dzień przyzwyczailiśmy się chyba trochę do naszego lokum, przypomnieliśmy sobie jak się podróżuje długoterminowo i Soho nie wydawało nam się już takie straszne. Mimo wszystko jednak serdecznie go NIE polecamy!
W środę pospaliśmy bardzo długo i
kiedy już się ogarnęliśmy (nawet nie przyznamy się o której)
ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najpierw jednak chcieliśmy trochę
się posilić. Trafiliśmy do bardzo miłej, ale kompletnie pustej
knajpki – Galata Balcone. Chociaż trafiliśmy to może dużo
powiedziane – zostaliśmy tam niemalże siłą wciągnięci, kiedy
zatrzymaliśmy się na chwilę przed witryną, żeby sprawdzić co
owa knajpka posiada w menu. Ale nie pożałowaliśmy, śniadanie było
bardzo smaczne, chłopaki prowadzący knajpę bardzo się starali,
zrobili nam zdjęcie, które chcieli umieścić na facebooku,
podarowali nam darmowe ciastka czekoladowe, napisali na kartce, co
powinniśmy zwiedzić, a na koniec wysmarowali nas jeszcze jakąś
odświeżającą cytrusową wodą toaletową, chyba w ramach
spontanicznego gestu bratania się. :-) Knajpka znajdowała się w
zagłębiu sklepów muzycznych. W Stambule mnóstwo jest takich
miejsc, gdzie koncentrują się sklepy o identycznym asortymencie,
zagłębie przyborów do szycia, aparatów fotograficznych, ozdób
domowych, manekinów plastikowych, opakowań na prezenty papierowych,
itd., itp... Zastanawialiśmy się bardzo nad tym w jaki sposób one
w ogóle funkcjonują, ale odpowiedzi niestety nie poznaliśmy.
Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru do
dzielnicy Sultanahmet, która położona jest na południe od Złotego
Rogu (zatoki Bosforu), czyli na półwyspie gdzie znajdują się
główne i najcenniejsze zabytki Stambułu. Zauważyliśmy, że
wszędzie, po prostu wszędzie są koty (raj dla takich alergików
jak ja...). Nie wszystkie są zaniedbane, a nawet niewiele z nich
jest w złym stanie. Wygląda na to, że ludzie bardzo o te kociaki
dbają, budują im nawet budki i domki na ulicy i sypią karmę tym,
które są bezdomne. Po mieście krążą też psy wyglądające na
bezpańskie, ale co dziwne wszystkie mają zaklipsowane uszy (trochę
jak europejskie krowy). Niestety zapomniałam się spytać w hostelu
o co chodzi z tymi psami, ale sądzę, że ktoś się nimi jednak w
jakiś sposób zajmuje i je dokarmia, ponieważ nie wyglądają na
strasznie zabiedzone (tylko trochę).
We wtorek, w trakcie spaceru
(oczywiście ani razu nie skorzystaliśmy w Stambule ze środków
komunikacji miejskiej) zwiedziliśmy świątynię Hagia Sofia, czyli
Dom Mądrości Bożej, która w swej długiej, nawet bardzo długiej
historii, ma około 1500 lat, była świątynią katolicką,
muzułmańską, aby w końcu zostać zdesakralizowaną i
przekształconą w muzeum. Jej budowę datuje się na 532 r, a
została ona zlecona przez cesarza Justyniana Wielkiego, który
chciał, żeby jego kościół był najpiękniejszym ze wszystkich.
Pomimo dosyć wysokiej ceny biletu (ok. 50 zł) warto na pewno
zwiedzić to osobliwe miejsce, które już z zewnątrz wygląda dość
niesamowicie. Ciężko powiedzieć, że świątynia jest piękna.
Jest przede wszystkim bardzo stara, monumentalnie wielka i bardzo
dziwna, ze swoimi czterema, dobudowanymi w XV wieku minaretami oraz z
przeplatającymi się w środku symbolami religii chrześcijańskiej
i muzułmańskiej.
Tuż obok świątyni znajduje się
cysterna bazylikowa, również zbudowana przez Justyniana Wielkiego,
dawny podziemny zbiornik na wodę, który zasilał położony
niedaleko pałac sułtana. Cysterna wywarła na nas nawet większe
wrażenie niż świątynia. 336 podziemnych kolumn, podtrzymujących
sklepienie, zachowanych w świetnym stanie, odbijających się w
wodzie i tylko delikatnie oświetlonych sztucznym światłem, wygląda
naprawdę bajkowo. Bardzo urokliwe miejsce i niestety jak zwykle
przepełnione turystami. :-)
Po cysternie odwiedziliśmy jeszcze
Błękitny Meczet, stojący naprzeciwko Hagi Sofii. Został zbudowany
przez sułtana Ahmeda I w tak bliskiej odległości, gdyż ten
ostatni chciał przyćmić i przewyższyć piękno świątyni
chrześcijańskiej. Przewodnik (papierowy) mówi, że mu się nie
udało... Czy ja wiem... obie budowle są imponujące. Meczet na
zewnątrz jest piękny, wewnątrz jednak nie wygląda szczególnie
wyjątkowo, ale może po prostu nie znam się na meczetach i ciężko
mi porównać. W każdym bądź razie swą nazwę meczet wziął od
ceramiki w kolorze niebieskim, która zdobi jego wnętrze. Podobno
umieszczono tam, aż 20 tysięcy błękitnych kafelków, nie wiem czy
jest to prawda, nie liczyliśmy ;-) Ciekawostką jest fakt, iż aby
wybudować 6 minaretów przy swej ukochanej świątyni, Ahmed I
musiał ufundować siódmy minaret dla meczetu w Mekce – żaden
inny na świecie nie może być wspanialszy i okazalszy.
Po zwiedzaniu tych trzech wielkich
zabytków byliśmy już porządnie głodni i zmarznięci – cały
dzień wiał wiatr i było może z 10 stopni – niestety nie byliśmy
ubrani stosownie do pogody, cały czas wierząc, że a) sytuacja
ulegnie poprawie, b) no przecież nie może tu być aż tak zimno...
Poszliśmy do tureckiej restauracji,
gdzie podjedliśmy typowo tureckie dania, i trzeba przyznać, że
były pyszne. Potem udaliśmy się jeszcze na Wielki Bazar,
największe na świecie kryte targowisko, w którego sąsiedztwie na
kilkudziesięciu podobno uliczkach obywa się handel na zewnątrz.
Nie planowaliśmy nic kupować, więc w godzinkę przeszliśmy szybko
pośród stoisk, próbując nie zatrzymywać się dłużej przy
żadnym, gdyż groziło to nam bardzo wieloma zachętami, żebyśmy
może jednak kupili, ten: dywan, zestaw misek, kilo złota lub
piętnaście kilo przypraw. Nie chciało nam się każdemu kolejno
tłumaczyć, że przecież nie damy rady podróżować z tym przez
następne 5 miesięcy, nie mówiąc już o tym, że wcale tych
wszystkich rzeczy nie chcielibyśmy posiadać we własnym domu!
Wróciliśmy do hostelu spacerkiem, wąskimi uliczkami, przypatrując
się wieczornemu, zamierającemu w niektórych miejscach życiu
miasta. W okolicy naszego hostelu, po drugiej stronie zatoki Złotego
Rogu życie nie zamiera chyba jednak nigdy. Tej nocy kibice
Galatasarayu szykowali się do odparcia asów z Realu Madryt. Były
śpiewy, waleczne okrzyki i machanie szalikami. Bartek wczuł się w
atmosferę i w hostelu zażądał oglądania meczu, co wzbudziło
aprobatę gospodarza oraz kilku innych gości płci męskiej. Wynik
meczu wszystkim zainteresowanym jest pewnie znany :-)
środa, 10 kwietnia 2013
Foty od pierwszej soboty
wtorek, 9 kwietnia 2013
3,2,1,0 ... start!
Jesteśmy w drodze! Lecimy właśnie do Stambułu, zaczynamy w końcu naszą Nową Wielką Przygodę. Ostatnie dni przed wyjazdem były szaleństwem: pożegnania, pakowanie, sprzątanie, załatwianie spraw, martwienie się i stresowanie, czy aby ze wszystkim się wyrobimy (tak, to martwienie to głównie moja sprawka). Noc poprzedzająca wyjazd była już kompletnie ciężka, bo musieliśmy doprowadzić mieszkanie do ładu na tyle, żeby jego następni lokatorzy zechcieli tam wejść i zamieszkać:-), Sprawa była o tyle trudna, że niestety z braku czasu przez poprzednie dwa tygodnie działaliśmy w kierunku odwrotnym ;-) Musieliśmy też w końcu spakować nasze plecaki i przyznam, że robiłam to już po omacku, z na wpół zamkniętymi oczami, lekko nieprzytomna, tak, że na drugi dzień zupełnie nie wiedziałam co gdzie mam i czy wszystko co niezbędne do przeżycia udało mi się zabrać.
Po pożegnaniu na dworcu z wierną świtą, której dziękuję i którą ściskam, zasiedliśmy w Polskim Busie i zapadliśmy w bardzo głęboki sen. Nie miałam siły nawet wyglądać przez okna na postojach, nie przeszkadzały mi niewygody, przygniatający mnie Bartek, nic nie było ważne, chciałam tylko SPAĆ! W Berlinie z lotniska odebrała nas Rodzinka Bartka i zawiozła do siebie do domu, gdzie mieliśmy spędzić miłe i spokojne dwa dni. Niniejszym serdecznie dziękujemy za gościnę i polecamy się na przyszłość! :-) Teraz siedzimy w samolocie i cieszymy się, że w końcu za parę godzin przestaniemy marznąć, w Turcji podobno wiosna jest już w pełnym rozkwicie. Słońce, nadciągamy!!
A teraz mała, osobista dygresja. Nie wiem już sama ile razy musieliśmy odpowiadać na pytania jaką trasą jedziemy, na jak długo, kiedy wracamy, czy się stresujemy, czy już jesteśmy spakowani (po tym pytaniu zazwyczaj zalewała mnie fala grozy i przerażenia, ponieważ nie, oczywiście NIE byłam spakowana do ostatniej chwili!). Nie wiem ile usłyszeliśmy dobrych rad i ostrzeżeń, ile osób wyraziło troskę o nasze bezpieczeństwo, żal z powodu nadchodzącego rozstania. Nie wiem, ponieważ było tego bardzo dużo. Chciałam Wam jednak podziękować i za to zainteresowanie i za troskę i nawet za to niezadowolenie, które w gruncie rzeczy było wzruszające. Przyznam, że mi również ciężko było wyjechać i wcale nie z tak lekkim sercem jakby to się mogło wielu wydawać. Tak, oczywiście czekają nas wspaniałe, beztroskie wakacje, będziemy zwiedzać, poznawać, smakować, spotykać, opalać, fotografować, nurkować, surfować i sama nie wiem co jeszcze... A jednak, pomimo tej cudownej perspektywy, gdzieś w głębi duszy jakaś mała szpileczka kłuje i jak na razie nie pozwala w 100 procentach rozkoszować się wyjazdem. Może muszę odpocząć po tym ostatnim zabieganym i stresującym miesiącu. A może po prostu na starość robię się ckliwa i sentymentalna... ;-)
Wszystkim tym, którzy się o nas martwią obiecujemy, że będziemy bardzo na siebie uważać, wzajemnie i indywidualnie, odzywać się tak często jak to będzie możliwe i wrócić w jednym kawałku :-)
Po pożegnaniu na dworcu z wierną świtą, której dziękuję i którą ściskam, zasiedliśmy w Polskim Busie i zapadliśmy w bardzo głęboki sen. Nie miałam siły nawet wyglądać przez okna na postojach, nie przeszkadzały mi niewygody, przygniatający mnie Bartek, nic nie było ważne, chciałam tylko SPAĆ! W Berlinie z lotniska odebrała nas Rodzinka Bartka i zawiozła do siebie do domu, gdzie mieliśmy spędzić miłe i spokojne dwa dni. Niniejszym serdecznie dziękujemy za gościnę i polecamy się na przyszłość! :-) Teraz siedzimy w samolocie i cieszymy się, że w końcu za parę godzin przestaniemy marznąć, w Turcji podobno wiosna jest już w pełnym rozkwicie. Słońce, nadciągamy!!
A teraz mała, osobista dygresja. Nie wiem już sama ile razy musieliśmy odpowiadać na pytania jaką trasą jedziemy, na jak długo, kiedy wracamy, czy się stresujemy, czy już jesteśmy spakowani (po tym pytaniu zazwyczaj zalewała mnie fala grozy i przerażenia, ponieważ nie, oczywiście NIE byłam spakowana do ostatniej chwili!). Nie wiem ile usłyszeliśmy dobrych rad i ostrzeżeń, ile osób wyraziło troskę o nasze bezpieczeństwo, żal z powodu nadchodzącego rozstania. Nie wiem, ponieważ było tego bardzo dużo. Chciałam Wam jednak podziękować i za to zainteresowanie i za troskę i nawet za to niezadowolenie, które w gruncie rzeczy było wzruszające. Przyznam, że mi również ciężko było wyjechać i wcale nie z tak lekkim sercem jakby to się mogło wielu wydawać. Tak, oczywiście czekają nas wspaniałe, beztroskie wakacje, będziemy zwiedzać, poznawać, smakować, spotykać, opalać, fotografować, nurkować, surfować i sama nie wiem co jeszcze... A jednak, pomimo tej cudownej perspektywy, gdzieś w głębi duszy jakaś mała szpileczka kłuje i jak na razie nie pozwala w 100 procentach rozkoszować się wyjazdem. Może muszę odpocząć po tym ostatnim zabieganym i stresującym miesiącu. A może po prostu na starość robię się ckliwa i sentymentalna... ;-)
Wszystkim tym, którzy się o nas martwią obiecujemy, że będziemy bardzo na siebie uważać, wzajemnie i indywidualnie, odzywać się tak często jak to będzie możliwe i wrócić w jednym kawałku :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)