sobota, 13 kwietnia 2013

Stambuł cz.2


W poprzednim poście zapomniałam napisać, chociaż pewnie większość z Was o tym wie, że Stambuł, to byłe miasto imperium rzymskiego, Konstantynopol. W kolejnych latach swej burzliwej historii Stambuł wpadł w posiadanie Osmanów i stał się częścią ich imperium, a w XIX wieku zaczęto europeizować miasto i wprowadzono architekturę w stylu baroku oraz rokoko. Stąd może tak wielka różnorodność zabytków i stylów, które przeplatają się ze sobą na każdym kroku. Pragnę również zwrócić uwagę na fakt, iż jest to właśnie TO miejsce na ziemi, w którym użycie rzekomo najdłuższego polskiego słowa jest najbardziej prawdopodobne i uzasadnione :-)

Wracając do zwiedzania, mieliśmy na nie jeszcze całą środę. Kiedy już się obudziliśmy, również nie za wcześnie niestety, czekała nas niespodzianka. W końcu wyszło słońce, a niebo przestało mieć kolor brudnej szmaty. Co za radość! Pobiegliśmy „dozwiedzać” resztę atrakcji i w pierwszej kolejności trafiliśmy na wieżę Galata, z której rozciągał się widok na cieśninę Bosfor, Złoty Róg, Sultanahmet oraz naszą dzielnicę Taksim. Było wspaniale. Z góry jeszcze lepiej widać jak wielkimi kontrastami charakteryzuje się Stambuł. Mam nadzieję, że chociaż troszkę uda nam się to pokazać na zdjęciach. Po wieży poszliśmy zwiedzić pałac sułtański – Topkapi, który w rzeczywistości nie jest jednym budynkiem pałacowym, takim, jakie znamy w Europie, a raczej kompleksem pawilonów rozmieszczonych w dużym parku. Nie zachwycił nas ani pałac, ani skarby, zniechęcił nas za to tłum, naprawdę gęsty tłum ludzi. Pałac wśród swych skarbów ma na przykład włos proroka Mahometa, kawałek jego brody, odcisk stopy, 86 karatowy brylant, gigantyczny, trzykilowy szafir i cała masę klejnotów, które po setkach lat wyglądają trochę jak przytarte kawałki plastiku... No ale wiecie już zapewne, że muzea lubimy mocno średnio, najbardziej zachwyca nas przyroda, a tłumy ludzi doprowadzają nas do rozpaczy (może przydałoby się wstawać trochę wcześniej na zwiedzanie...wyciągniemy wnioski, może... :-))
W drodze powrotnej zjedliśmy jeszcze kanapkę z makrelą (pycha!) pod mostem. Mamo nie martw się, nie oszczędzamy aż tak bardzo! Po prostu pod mostem Galata znajduje się swego rodzaju pod-piętro, na którym zorganizowano całą sieć restauracyjek, serwujących głównie ryby. Na górze, bardzo wielu wędkarzy próbuje swych szans w wodach Bosforu i mam szczerą nadzieję, że makrela, którą zjedliśmy nie pochodziła od nich. Wody Złotego Rogu wyglądają bardzo ładnie, są turkusowe, jednak pływa tam tona śmieci i widok niezbyt zachęca do jedzenia owoców tego akurat morza...

O 20:30 wsiedliśmy do autobusu w drogę na lotnisko i właśnie już chyba 17 godzinę jesteśmy w drodze, a do celu czyli Katmandu zostało nam ich jeszcze ze 2,5! Tak, znów piszę posta z samolotu, jednak chyba zaraz wyłączę maszynę i dołączę do śpiącego obok Bartka.

Podsumowując, ten mały kawałek Turcji, który zobaczyliśmy w ciągu dwóch dni, bardzo nam się spodobał i zrobił na nas duże wrażenie. Najfajniejsze jest jednak to, że bardzo miło rozczarowali nas ludzie :-) Turcy są bardzo sympatyczni, a przynajmniej ci mieszkający w Stambule. Spodziewaliśmy się chyba trochę arabskiego stylu bycia, większej krzykliwości, natarczywości, większego „naganiactwa”. A jednak ludzie tam przeważnie się uśmiechają, są życzliwi i bardzo pomocni. Nawet pan taksówkarz, któremu zatarasowałam przejazd stając na środku uliczki, w celu zrobienia kolejnego „zdjęcia życia ;-), nie zwyzywał mnie, nie trąbił, tylko poczekał z uśmiechem, aż skończę moje dzieło i zejdę z ulicy uwalniając przejazd (nie, nie stanęłam tam specjalnie mając w nosie samochody, po prostu nie zauważyłam, że to małe i strome „coś” to była uliczka!)

1 komentarz: