piątek, 12 kwietnia 2013

Stambuł cz.1

Słońce, nadciągamy?? Dobre sobie. Stambuł przywitał nas chmurami, deszczem i ziąbem! Czuliśmy się lekko zawiedzeni i prawie oszukani. Przecież miało być ciepło!

Nasz samolot lądował na lotnisku w części azjatyckiej miasta (Stambuł leży zarówno w Europie jak i Azji, obydwa kontynenty oddziela od siebie cieśnina Bosfor) i niestety Azja nie powitała nas przyjaźnie - Bartka pokrowiec na plecak zaginął gdzieś w odmętach luków bagażowych i próba odzyskania go, lub przynajmniej złożenia oświadczenia o zgubie, spotkała się ze stanowczą odmową ze strony pani reprezentującej nasze nieszczęsne linie lotnicze. Chcąc nie chcąc zrezygnowaliśmy z wykłócania się o swoje i poszliśmy szukać autobusu, łączącego lotnisko z miastem. Z lotniska do centrum było ze 20 km, dziwiliśmy się, że podróż miała trwać aż 1,5 godziny. Szybko jednak okazało się, że autobus nie jedzie, a toczy się żółwim tempem, co chwila trąbiąc i próbując w nieskoordynowany sposób przecisnąć się pomiędzy innymi pojazdami. Zdziwiło mnie to trochę, że na drodze jest aż taki ruch, ponieważ chwilę wcześniej Bartek powiedział, że w Turcji ceny paliwa są najwyższe w Europie, nawet wyższe niż w Norwegii. To czemu tych aut jest aż tyle??!!

Nasz hostel, który zabukowaliśmy jeszcze w Polsce, położony był w dzielnicy Taksim. Dzielnica ta charakteryzuje się zabudową typowo europejską, w jakimś przewodniku przeczytaliśmy nawet, że ta część miasta wygląda trochę jak XIX-wieczny Paryż. Coś w tym jest, budynki są naprawdę bardzo ładne, fasady bogato zdobione, ulice szerokie.... A jednak w Paryżu w żadnym miejscu nie widziałam nigdy, aż takich kontrastów. Piękne, wyremontowane budynki sąsiadują z kompletnymi ruinami, bez okien, czasem nawet z częściowo zburzonymi ścianami. I znów potwierdziły się słowa z przewodnika. Stambuł (nie Istambuł, to nie po polsku :-) ) to miasto kontrastów, które można tu spotkać na każdym kroku. Bogate budynki w sąsiedztwie ruin, bogaci ludzie w otoczeniu żebraków, piękne widoki, przeplatające się z widokami szkaradnymi.... Wszystko razem wygląda dość dziwnie, a jednak bardzo nam się tam podobało. Oczywiście nie widzieliśmy całego miasta. Ciężko nam się wypowiadać o tym jaki Stambuł jest we wszystkich jego zakątkach. Jednak to co zobaczyliśmy przez dwa dni pobytu, przypadło nam bardzo do gustu i sprawiło, że z przyjemnością włóczyliśmy się po uliczkach oraz większych i mniejszych zabytkach.

Wracając do hostelu... nie spodziewaliśmy się wielkiego luksusu... Europejskie hostele w zadowalającym nas przedziale cenowym nigdy nie są wspaniałe, ba, nawet fajne. Jednak hostel Soho w Stambule, był już nawet poniżej naszych i tak niewielkich oczekiwań. Obsługa była bardzo miła i przyjazna, fakt, ale syf straszny, zero informacji dla turystów (co jest raczej standardem), dziewięcioosobowy pokoik o powierzchni, no nie wiem... może z 6 metrów kwadratowych (trzypiętrowe łózka bez drabinek :-) ) i co najgorsze, wieczny smród dymu papierosowego rozprzestrzeniającego się po całym hostelu. Co z tego, że wydzielono palarnię skoro znajdowała się ona w dolnej części budynku i mieściła się w kuchni nie posiadającej drzwi... Najzabawniejsze w tym wszystkim był fakt, iż w naszym wielkim pokoju rezydowała  i bezwstydnie chrapała cała obsługa hostelu, (no dobra chrapał może tylko jeden facet, ale tak, że chciałm go zabić), mieli tam swoje "stałe" łóżka, jakieś rzeczy porozrzucane po pokoju, itd...
Pierwszego wieczoru hostel lekko nas przygnębił, uciekliśmy szybko na miasto i chodziliśmy jak najdłużej daliśmy radę, co nie było łatwe ze względu na ziąb i siąpiący deszcz. Na drugi dzień przyzwyczailiśmy się chyba trochę do naszego lokum, przypomnieliśmy sobie jak się podróżuje długoterminowo i Soho nie wydawało nam się już takie straszne. Mimo wszystko jednak serdecznie go NIE polecamy! 

W środę pospaliśmy bardzo długo i kiedy już się ogarnęliśmy (nawet nie przyznamy się o której) ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Najpierw jednak chcieliśmy trochę się posilić. Trafiliśmy do bardzo miłej, ale kompletnie pustej knajpki – Galata Balcone. Chociaż trafiliśmy to może dużo powiedziane – zostaliśmy tam niemalże siłą wciągnięci, kiedy zatrzymaliśmy się na chwilę przed witryną, żeby sprawdzić co owa knajpka posiada w menu. Ale nie pożałowaliśmy, śniadanie było bardzo smaczne, chłopaki prowadzący knajpę bardzo się starali, zrobili nam zdjęcie, które chcieli umieścić na facebooku, podarowali nam darmowe ciastka czekoladowe, napisali na kartce, co powinniśmy zwiedzić, a na koniec wysmarowali nas jeszcze jakąś odświeżającą cytrusową wodą toaletową, chyba w ramach spontanicznego gestu bratania się. :-) Knajpka znajdowała się w zagłębiu sklepów muzycznych. W Stambule mnóstwo jest takich miejsc, gdzie koncentrują się sklepy o identycznym asortymencie, zagłębie przyborów do szycia, aparatów fotograficznych, ozdób domowych, manekinów plastikowych, opakowań na prezenty papierowych, itd., itp... Zastanawialiśmy się bardzo nad tym w jaki sposób one w ogóle funkcjonują, ale odpowiedzi niestety nie poznaliśmy.

Zwiedzanie zaczęliśmy od spaceru do dzielnicy Sultanahmet, która położona jest na południe od Złotego Rogu (zatoki Bosforu), czyli na półwyspie gdzie znajdują się główne i najcenniejsze zabytki Stambułu. Zauważyliśmy, że wszędzie, po prostu wszędzie są koty (raj dla takich alergików jak ja...). Nie wszystkie są zaniedbane, a nawet niewiele z nich jest w złym stanie. Wygląda na to, że ludzie bardzo o te kociaki dbają, budują im nawet budki i domki na ulicy i sypią karmę tym, które są bezdomne. Po mieście krążą też psy wyglądające na bezpańskie, ale co dziwne wszystkie mają zaklipsowane uszy (trochę jak europejskie krowy). Niestety zapomniałam się spytać w hostelu o co chodzi z tymi psami, ale sądzę, że ktoś się nimi jednak w jakiś sposób zajmuje i je dokarmia, ponieważ nie wyglądają na strasznie zabiedzone (tylko trochę). 

We wtorek, w trakcie spaceru (oczywiście ani razu nie skorzystaliśmy w Stambule ze środków komunikacji miejskiej) zwiedziliśmy świątynię Hagia Sofia, czyli Dom Mądrości Bożej, która w swej długiej, nawet bardzo długiej historii, ma około 1500 lat, była świątynią katolicką, muzułmańską, aby w końcu zostać zdesakralizowaną i przekształconą w muzeum. Jej budowę datuje się na 532 r, a została ona zlecona przez cesarza Justyniana Wielkiego, który chciał, żeby jego kościół był najpiękniejszym ze wszystkich. Pomimo dosyć wysokiej ceny biletu (ok. 50 zł) warto na pewno zwiedzić to osobliwe miejsce, które już z zewnątrz wygląda dość niesamowicie. Ciężko powiedzieć, że świątynia jest piękna. Jest przede wszystkim bardzo stara, monumentalnie wielka i bardzo dziwna, ze swoimi czterema, dobudowanymi w XV wieku minaretami oraz z przeplatającymi się w środku symbolami religii chrześcijańskiej i muzułmańskiej. 

Tuż obok świątyni znajduje się cysterna bazylikowa, również zbudowana przez Justyniana Wielkiego, dawny podziemny zbiornik na wodę, który zasilał położony niedaleko pałac sułtana. Cysterna wywarła na nas nawet większe wrażenie niż świątynia. 336 podziemnych kolumn, podtrzymujących sklepienie, zachowanych w świetnym stanie, odbijających się w wodzie i tylko delikatnie oświetlonych sztucznym światłem, wygląda naprawdę bajkowo. Bardzo urokliwe miejsce i niestety jak zwykle przepełnione turystami. :-)

Po cysternie odwiedziliśmy jeszcze Błękitny Meczet, stojący naprzeciwko Hagi Sofii. Został zbudowany przez sułtana Ahmeda I w tak bliskiej odległości, gdyż ten ostatni chciał przyćmić i przewyższyć piękno świątyni chrześcijańskiej. Przewodnik (papierowy) mówi, że mu się nie udało... Czy ja wiem... obie budowle są imponujące. Meczet na zewnątrz jest piękny, wewnątrz jednak nie wygląda szczególnie wyjątkowo, ale może po prostu nie znam się na meczetach i ciężko mi porównać. W każdym bądź razie swą nazwę meczet wziął od ceramiki w kolorze niebieskim, która zdobi jego wnętrze. Podobno umieszczono tam, aż 20 tysięcy błękitnych kafelków, nie wiem czy jest to prawda, nie liczyliśmy ;-) Ciekawostką jest fakt, iż aby wybudować 6 minaretów przy swej ukochanej świątyni, Ahmed I musiał ufundować siódmy minaret dla meczetu w Mekce – żaden inny na świecie nie może być wspanialszy i okazalszy.

Po zwiedzaniu tych trzech wielkich zabytków byliśmy już porządnie głodni i zmarznięci – cały dzień wiał wiatr i było może z 10 stopni – niestety nie byliśmy ubrani stosownie do pogody, cały czas wierząc, że a) sytuacja ulegnie poprawie, b) no przecież nie może tu być aż tak zimno... 

Poszliśmy do tureckiej restauracji, gdzie podjedliśmy typowo tureckie dania, i trzeba przyznać, że były pyszne. Potem udaliśmy się jeszcze na Wielki Bazar, największe na świecie kryte targowisko, w którego sąsiedztwie na kilkudziesięciu podobno uliczkach obywa się handel na zewnątrz. Nie planowaliśmy nic kupować, więc w godzinkę przeszliśmy szybko pośród stoisk, próbując nie zatrzymywać się dłużej przy żadnym, gdyż groziło to nam bardzo wieloma zachętami, żebyśmy może jednak kupili, ten: dywan, zestaw misek, kilo złota lub piętnaście kilo przypraw. Nie chciało nam się każdemu kolejno tłumaczyć, że przecież nie damy rady podróżować z tym przez następne 5 miesięcy, nie mówiąc już o tym, że wcale tych wszystkich rzeczy nie chcielibyśmy posiadać we własnym domu! Wróciliśmy do hostelu spacerkiem, wąskimi uliczkami, przypatrując się wieczornemu, zamierającemu w niektórych miejscach życiu miasta. W okolicy naszego hostelu, po drugiej stronie zatoki Złotego Rogu życie nie zamiera chyba jednak nigdy. Tej nocy kibice Galatasarayu szykowali się do odparcia asów z Realu Madryt. Były śpiewy, waleczne okrzyki i machanie szalikami. Bartek wczuł się w atmosferę i w hostelu zażądał oglądania meczu, co wzbudziło aprobatę gospodarza oraz kilku innych gości płci męskiej. Wynik meczu wszystkim zainteresowanym jest pewnie znany :-)

4 komentarze: