Zwiedzanie placu Merdeka w towarzystwie
przewodnika było bardzo dobrym pomysłem. Co prawda na początku
wizyta trochę się dłużyła, ponieważ oprowadzano nas po tej
Galerii, którą już sami zwiedziliśmy, ale potem zrobiło się
całkiem ciekawie. Zaliczyliśmy muzeum tekstyliów, do którego
pewnie w życiu byśmy nie udali się sami, a tak pani przewodniczka
opowiedziała nam dużo ciekawych rzeczy i wiem już np. jak tworzy
się batik oraz jak rozpoznać czy batik jest prawdziwy czy tylko
nadrukowany! Ha!
Wokół placu jest dużo historycznych
budynków i do niektórych nas nawet wprowadzono. Okazało się, że
w City Hall (ratuszu) czeka na nas niespodzianka od miasta. Grupa
przebranych w regionalne stroje tancerzy dała występ, w trakcie
którego nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Nie jest to
ten typ rozrywki, za którym z Bartkiem jakoś szczególnie
przepadamy. Przy jakiejś strasznej piosence („Malaysiaaaaa truly
Asiaaaa”), sztucznie wyglądające tańce, bardzo sztucznie
uśmiechnięci ludzie... A z drugiej strony czułam się trochę
wzruszona, że jednak ktoś się postarał, żeby zrobić nam
(turystom) przyjemność i to jeszcze za darmo. Poza tym ludzie,
którzy wykonywali ten taniec wyglądali przesympatycznie i trochę
nam ich było żal, że zmusili ich do wstawania wcześnie rano w
sobotę, zakładania tych skomplikowanych strojów i robienia
skomplikowanego makijażu. Jakieś to takie było nie nasze i
czuliśmy się trochę głupio w związku z tym.
Na sam koniec wycieczki zaprowadzono
nas do Klubu, w którym w latach kolonializmu Anglicy przychodzili po
pracy i pili dżin z tonikiem. Teraz jest to ekskluzywny klub, za
którego kartę członkowską płaci się ok. 20 tysięcy złotych
rocznie, a żeby się tam w ogóle dostać czeka się w trzyletniej
kolejce! Klub nosi nieformalną nazwę „Spotted dog”
(plamisty/nakrapiany pies) i kiedy przewodniczka nam to powiedziała,
od razu wiedziałam o jaką rasę chodzi! O jedyną słuszną
oczywiście! ;-) Podobno żona jakiegoś ważnego osobnika
przychodziła do siedziby klubu z dwoma dalmatyńczykami, ludzie to
komentowali i tak powstała ta nazwa. Co ciekawe kobietom nie wolno
było i nie wolno nadal przekraczać progu baru! Mogły siedzieć
tylko przy stolikach przed barem i ewentualnie wołać do swoich
mężów, żeby przynieśli im jakiegoś drinka lub inny napój
orzeźwiający. Mnie mój Narzeczony przyniósł pyszną kawę,
wybaczyłam więc klubowi jego głupie szowinistyczne zasady. Jeśli
chodzi o wystrój miejsca, spodziewaliśmy się luksusu i przepychu.
Nic z tych rzeczy! Wszystko było lekko podstarzałe, trochę
śmierdziało stęchlizną, w korytarzu terakota byłą popękana, a
na stolikach przed barem leżała okropna brązowa cerata, która
oczywiście w trzy sekundy przyklejała się do ciała. I to miał
być ten ekskluzywny klub? Chyba chodzi głównie o prestiż związany
z historyczną wagą tego miejsca, nie o luksusy i przywileje. :-)
Po spacerze, poszliśmy do dzielnicy
Little India i tam było o wiele mniej Hindusów niż w Chinatown –
zwariowane miasto.
Tego dnia odwiedziliśmy też wieżę
telewizyjną, chcieliśmy w końcu zobaczyć to miasto z góry, a
bilet był chyba połowę tańszy niż na Petronas T. Z góry Kuala
wygląda całkiem przyjemnie, zwłaszcza baseny, które
zlokalizowaliśmy na dachach niektórych hoteli....
W drodze powrotnej, kiedy
zastanawialiśmy się co by tu zjeść, aby nie jeść znów tego
samego, natrafiliśmy na knajpę indyjską, gdzie zaserwowano nam
jedzenie na liściu banana. Jak zwykle w przypadku kuchni indyjskiej
było pysznie, w połowie jednak zaczęliśmy się zastanawiać czy
liście banana są jednorazowego czy wielokrotnego użytku... :-)
Dzień upłynął nam bardzo
przyjemnie, wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze po Chinatown,
kupiliśmy sobie prażone kasztany (wcale najlepsze nie są na placu
Pigalle!) i zaczęliśmy się powoli przygotowywać do wyjazdu z
Malezji. Spędziliśmy tu więcej czasu niż zamierzaliśmy, a nie
zobaczyliśmy nawet połowy kraju... Ale znacie już moją dewizę,
coś trzeba sobie zostawić na później, my na później
zostawiliśmy całą część kontynentalną Malezji.