Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampung Baru. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kampung Baru. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 czerwca 2013

W wielkim mieście przebywanie... - Malezja - 28.06.2013

Dzień zaczęliśmy od wyspania się. Nigdy więcej żadnych czwartych rano!
Postanowiliśmy następnie pojechać do Batu Caves, jaskiń leżących kilkanaście kilometrów od Kuala Lumpur, do których można się bardzo szybko i sprawnie dostać kolejką. No dobra, może nie szybko, bo kolejka ślimaczyła się straszliwie, ale chociaż była klimatyzowana! W Batu Caves można zwiedzić jaskinię zwykłą, co sobie darowaliśmy, ponieważ jak już wiecie trochę mamy przesyt i jaskinię niezwykłą (a nawet dwie), które są związane z kultem hinduistycznym. Do pierwszej z jaskiń prowadzą dłuuugie schody, na których buszują bezczelne makaki. Byłam świadkiem tego jak makak wyrywa jakiejś kobiecie torebkę (myśląc, że to jedzenie), ucieka i zaczyna rozszarpywać pakunek zębami. W torebce nie było żadnego jedzenia, tylko święta figurka, którą można podłączyć do prądu, więc małpa po jakimś czasie łaskawie wymieniła ją na kokosa... Najbardziej dla mnie zadziwiające było to, że pani nie zaczęła się wydzierać i protestować, tylko patrzyła na małpę błagalnym wzrokiem, wręcz prosząc ją, aby ta okazała łaskę... Powinnam uczyć się od Azjatów spokoju...

W jaskini panował bałagan, smrodek i całkiem nieświęty bazarek. Taki mini festyn, dokładnie w tym samym stylu co u nas pod kościołami w czasie odpustu. Religia religią, wierzenie wierzeniem, ale figurka wysyłająca sygnały świetlne w kosmos musi być! Amen.
W jaskini były też na szczęście różnorakie obiekty kultu – posągi z hinduskimi bóstwami, ołtarze, małe świątynie, w których kapłani odprawiali jakieś rytuały i modły, i gigantyczne, srebrne, przypominające cysterny „donation box”.

W drugiej świętej jaskini było mnóstwo kiczowatych figur, przedstawiających sceny z życia bóstw. Bartkowi się bardzo nie podobało, ale to chyba kwestia tego, że pobyt w Indiach odcisnął się bardzo na jego psychice :-). Ja postanowiłam podejść do tego jako do ciekawostki kulturowej, miałam więc mniejsze poczucie straty związanej z ceną biletu ;-). Najgorsze chyba było to, że w jednej z jaskiń urządzono wystawę gadów. Żal serce ściskał, kiedy zobaczyliśmy w jakich warunkach te gady są przetrzymywane - między innymi wielkie żółwie w jakichś plastikowych baliach, krokodyl, ogromne węże w mini terrariach... Dramat.

Po wizycie w jaskiniach pojechaliśmy zobaczyć Petronas Towers, dwie bliźniacze, górujące nad miastem wieże. Są spoko i to tyle opisu :-). Ciekawsze od wież były na pewno pozy turystów robiących sobie przed nimi zdjęcia, albo tych którzy zdjęcia robili – niektórzy kładli się np. na ziemi.
Na wieże nie wjechaliśmy, bo bilet wstępu ma jakąś absurdalną cenę, a my przecież musimy jeszcze przeżyć w tej Azji kolejne dwa miesiące :-).

Oddalona o jedną stację metra od Petronas Towers, znajduje się dzielnica Kampung Baru, w której panująca atmosfera przypomina bardziej senną wioskę, niż sąsiedztwo supernowoczesnej dzielnicy biznesowej. Drewniane domy, jakieś rudery, wąskie uliczki, bazary, niska zabudowa, a w tle srebrzące się w słońcu wieże PT... I takie jest właśnie Kuala Lumpur – co krok zmieniająca się topografia i napotykane za każdym rogiem kontrasty. My w Kampung Baru zjedliśmy obiad i ponieważ nie było tam nic ciekawego do roboty udaliśmy się na dalsze zwiedzanie na plac Merdeka.

Plac Merdeka to miejsce, w którym w 1957 ogłoszono niepodległość Malezji. Dziś na placu stoi gigantyczny maszt, na którym powiewa gigantyczna flaga. Plac otoczony jest w większości budynkami z epoki kolonialnej, a wszystko to tworzy bardzo przyjemną, miłą dla oka całość. Odwiedziliśmy KL City Gallery, gdzie mogliśmy podziwiać ogromną makietę miasta i inną ogromną makietę placu oraz zapisać się na następny dzień rano na darmowe zwiedzanie okolic placu z przewodnikiem. Rzadko korzystamy z usług przewodnika, a na pewno zwiedzanie miasta z kimś, kto o nim coś wie jest o wiele bardziej wzbogacające i ciekawe niż robienie tego na własną rękę.

Wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze po Chinatown (w którym też mieszkamy) i zaczęliśmy szukać czegoś do jedzenia. I tu pojawił się problem. Zaczynamy powoli mieć po dziurki w nosie jedzenia azjatyckiego. Oczywiście jest tu wiele pysznych dań i ciekawych smaków. Ale tak dzień w dzień noodle i ryż, ciągle te same przyprawy, te same składniki... Mamma mia, dość! Ja np. marzę o pierogach ze szpinakiem i serem feta...
Oczywiście moglibyśmy się rozbijać po zachodnich restauracjach, ale również oczywiście jest tam za drogo. Takie oto mamy tutaj problemiki i troski, z których Wy na pewno po cichu lub całkiem jawnie się podśmiewacie.

Ps. Wszystkim Dzieciom chciałabym życzyć wspaniałych, bezpiecznych i obfitujących w przygody wakacji. A wszystkim Rodzicom i Opiekunom owych Dzieci - spokoju i cierpliwości. :-)