Dzień zaczęliśmy od wyspania się.
Nigdy więcej żadnych czwartych rano!
Postanowiliśmy następnie pojechać do
Batu Caves, jaskiń leżących kilkanaście kilometrów od Kuala
Lumpur, do których można się bardzo szybko i sprawnie dostać
kolejką. No dobra, może nie szybko, bo kolejka ślimaczyła się
straszliwie, ale chociaż była klimatyzowana! W Batu Caves można
zwiedzić jaskinię zwykłą, co sobie darowaliśmy, ponieważ jak
już wiecie trochę mamy przesyt i jaskinię niezwykłą (a nawet
dwie), które są związane z kultem hinduistycznym. Do pierwszej z
jaskiń prowadzą dłuuugie schody, na których buszują bezczelne
makaki. Byłam świadkiem tego jak makak wyrywa jakiejś kobiecie
torebkę (myśląc, że to jedzenie), ucieka i zaczyna rozszarpywać
pakunek zębami. W torebce nie było żadnego jedzenia, tylko święta
figurka, którą można podłączyć do prądu, więc małpa po
jakimś czasie łaskawie wymieniła ją na kokosa... Najbardziej dla
mnie zadziwiające było to, że pani nie zaczęła się wydzierać i
protestować, tylko patrzyła na małpę błagalnym wzrokiem, wręcz
prosząc ją, aby ta okazała łaskę... Powinnam uczyć się od
Azjatów spokoju...
W jaskini panował bałagan, smrodek i
całkiem nieświęty bazarek. Taki mini festyn, dokładnie w tym
samym stylu co u nas pod kościołami w czasie odpustu. Religia
religią, wierzenie wierzeniem, ale figurka wysyłająca sygnały
świetlne w kosmos musi być! Amen.
W jaskini były też na szczęście
różnorakie obiekty kultu – posągi z hinduskimi bóstwami,
ołtarze, małe świątynie, w których kapłani odprawiali jakieś
rytuały i modły, i gigantyczne, srebrne, przypominające cysterny
„donation box”.
W drugiej świętej jaskini było
mnóstwo kiczowatych figur, przedstawiających sceny z życia bóstw.
Bartkowi się bardzo nie podobało, ale to chyba kwestia tego, że
pobyt w Indiach odcisnął się bardzo na jego psychice :-). Ja
postanowiłam podejść do tego jako do ciekawostki kulturowej,
miałam więc mniejsze poczucie straty związanej z ceną biletu ;-).
Najgorsze chyba było to, że w jednej z jaskiń urządzono wystawę
gadów. Żal serce ściskał, kiedy zobaczyliśmy w jakich warunkach
te gady są przetrzymywane - między innymi wielkie żółwie w
jakichś plastikowych baliach, krokodyl, ogromne węże w mini
terrariach... Dramat.
Po wizycie w jaskiniach pojechaliśmy
zobaczyć Petronas Towers, dwie bliźniacze, górujące nad miastem
wieże. Są spoko i to tyle opisu :-). Ciekawsze od wież były na
pewno pozy turystów robiących sobie przed nimi zdjęcia, albo tych
którzy zdjęcia robili – niektórzy kładli się np. na ziemi.
Na wieże nie wjechaliśmy, bo bilet
wstępu ma jakąś absurdalną cenę, a my przecież musimy jeszcze
przeżyć w tej Azji kolejne dwa miesiące :-).
Oddalona o jedną stację metra od
Petronas Towers, znajduje się dzielnica Kampung Baru, w której
panująca atmosfera przypomina bardziej senną wioskę, niż
sąsiedztwo supernowoczesnej dzielnicy biznesowej. Drewniane domy,
jakieś rudery, wąskie uliczki, bazary, niska zabudowa, a w tle
srebrzące się w słońcu wieże PT... I takie jest właśnie Kuala
Lumpur – co krok zmieniająca się topografia i napotykane za
każdym rogiem kontrasty. My w Kampung Baru zjedliśmy obiad i
ponieważ nie było tam nic ciekawego do roboty udaliśmy się na
dalsze zwiedzanie na plac Merdeka.
Plac Merdeka to miejsce, w którym w
1957 ogłoszono niepodległość Malezji. Dziś na placu stoi
gigantyczny maszt, na którym powiewa gigantyczna flaga. Plac
otoczony jest w większości budynkami z epoki kolonialnej, a
wszystko to tworzy bardzo przyjemną, miłą dla oka całość.
Odwiedziliśmy KL City Gallery, gdzie mogliśmy podziwiać ogromną
makietę miasta i inną ogromną makietę placu oraz zapisać się na
następny dzień rano na darmowe zwiedzanie okolic placu z
przewodnikiem. Rzadko korzystamy z usług przewodnika, a na pewno zwiedzanie miasta z kimś,
kto o nim coś wie jest o wiele bardziej wzbogacające i ciekawe niż
robienie tego na własną rękę.
Wieczorem przespacerowaliśmy się
jeszcze po Chinatown (w którym też mieszkamy) i zaczęliśmy szukać
czegoś do jedzenia. I tu pojawił się problem. Zaczynamy powoli
mieć po dziurki w nosie jedzenia azjatyckiego. Oczywiście jest tu
wiele pysznych dań i ciekawych smaków. Ale tak dzień w dzień
noodle i ryż, ciągle te same przyprawy, te same składniki... Mamma
mia, dość! Ja np. marzę o pierogach ze szpinakiem i serem feta...
Oczywiście moglibyśmy się rozbijać
po zachodnich restauracjach, ale również oczywiście jest tam za
drogo. Takie oto mamy tutaj problemiki i troski, z których Wy na
pewno po cichu lub całkiem jawnie się podśmiewacie.
Ps. Wszystkim Dzieciom chciałabym życzyć wspaniałych, bezpiecznych i obfitujących w przygody wakacji. A wszystkim Rodzicom i Opiekunom owych Dzieci - spokoju i cierpliwości. :-)