Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Padang Bai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Padang Bai. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bali widziane z oddali

Balisławowo

Kąpiel tylko dla odważnych

Bali beaching

Baliści

Wraki w Padang Bai

Bejb

"Błękitna" laguna w Padang Bai

Padang Bai z pokładu promu

Wulkany Bali

Promy na parkingu, bo święto

Kwatera w Senggigi. Z zewnątrz ładna

Wędkowanie to niebezpieczne zajęcie - kaski obowiązkowe

Opalanie psów

Plaża w Senggigi

Kurorty Lomboku

W drodze na Gili, czyli krótka wizyta w Padang Bai i Senggigi - Indonezja - 7/8.08.2013

Postanowiliśmy zbyt długo jednak nie zamulać w Kucie, ponieważ nie mamy już w Indonezji zbyt wiele czasu, a chcemy jeszcze zwiedzić Lombok oraz malutkie wyspy Gili.
Wykupiliśmy sobie bilety na busik, który miał nas dowieźć do Padang Bai. Załatwiał to nasz właściciel hotelu i zapewniał nas, że droga potrwa jedynie 1,5 godziny. Niestety zupełnie się to nie sprawdziło i na miejsce dotarliśmy dopiero po 3,5 godzinach, po jednej przesiadce wmieście, które w ogóle nie było nam po drodze. Starałam się pozostać spokojna, ale przyznam, że już trochę zaczęłam kipieć...
Niestety zmusiło nas to do pozostania w Padang Bai na noc, ponieważ było już dla nas zbyt późno na prom – dotarlibyśmy do celu w nocy, a nie mieliśmy zarezerwowanego żadnego miejsca noclegowego.

Padang Bai nie jest pocztówkową nadmorską miejscowością. Jest raczej miejscowością portową (z małym portem) i dość brudną plażą, przy której zacumowane są kolorowe łódeczki i motorówki. Nic specjalnego, ale nie jest też najgorzej. Poszliśmy na trochę oddaloną od „centrum” plażę, która nazywana jest Błękitną Laguną i która może w pełnym słońcu faktycznie jest błękitna, ale my niestety przyszliśmy zbyt późno, żeby zobaczyć to na własne oczy.

Następnego dnia, koło 9 rano wsiedliśmy na tzw „slow ferry”, który miał nas zawieźć na Lombok. Jest to zwykły prom, którym podróżują głównie lokalesi i który płynie co prawda 4 godziny, ale kosztuje grosze, w porównaniu z tym co musielibyśmy zapłacić za wożące turystów szybkie motorówki.
8 sierpnia przypadało święto muzułmańskie, końca ramadanu i ostrzeżono nas, że po przypłynięciu na Lombok możemy mieć kłopot z dostaniem się dalej, ponieważ większość ludzi nie pracuje w ten dzień i możemy nie znaleźć żadnej taksówki.... Postanowiliśmy zaryzykować, nie wierzyliśmy, że naprawdę nikt nie będzie pracował, w końcu w Indonezji żyją też Hinduiści...

Podróż promem nie była bardzo nieznośna, nie byliśmy nawet jedynymi białasami, było ich stosunkowo dużo. Jedynym minusem było to, że niestety oczywiście wszyscy dookoła palili. Lokalesi, turyści - wszyscy. 

Po czterech godzinach podróży, dopłynęliśmy do miejscowości … i faktycznie nie było zbyt wiele osób, które mogły nam zaoferować transport, ale kilka przedsiębiorczych nów jednak się pojawiło i udało nam się w miarę sprawnie dostać do miejscowości Senggigi.
Mieliśmy zamiar spędzić tam dwa dni, a później ruszyć na wyspy Gili, jednak miejscowość nie przypadła nam zbytnio do gustu, zmieniliśmy więc plany i na Gili ruszyliśmy już następnego dnia rano.

Senggigi jest miasteczkiem typowo turystycznym, wszędzie knajpy i hotele i duży problem ze znalezieniem noclegu... Niestety sezon w pełnym rozkwicie i bez wcześniejszej rezerwacji trudno o pokój. Znaleźliśmy miejsce w hotelu oddalonym od centrum, musieliśmy więc zafundować sobie spory spacer z plecakami. Pokój był znośny, chociaż kiedy zobaczyłam czystość lustra i łazienki przypomniała mi się trochę Yogyakarta... Nie było aż takiego syfu, a wanna była nawet czysta, ale tylko... w środku. Na brzegach i baterii znajdowały się ślady mydła i kamienia, które, jestem o tym przekonana, nie były ani razu od nowości szorowane. Na dodatek w naszym pokoju nie było ciepłej wody, ale uparłam się, że musimy się w niej wykąpać, w końcu zapłaciliśmy za ciepłą wodę, a jesteśmy jej tak spragnieni, że nie mogliśmy odpuścić. Dogadałam się z boyem hotelowym, że będziemy mogli się wykąpać w innym, wolnym pokoju. Tam stan wanny był jeszcze gorszy niż u nas... Musieliśmy się kąpać w ogóle jej nie dotykając. Beurk. Nie mam pojęcia jak oni w ogóle mogą do takiego syfu zapraszać gości... Nie wiem.

Późnym popołudniem poszliśmy na plażę. Było bardzo mało ludzi i było przyjemnie. W oddali, na skale widniała zawieszona nad morzem mała świątynia hinduistyczna. Chcieliśmy nawet ją odwiedzić, ale zrezygnowaliśmy, kiedy podeszła do nas dziewczyna z jakimiś brudnymi opaskami, które podobno trzeba na siebie zakładać wchodząc tam, a wynajmuje je się oczywiście za opłatą, tzw. „donation”, która dotyczyła tylko turystów. Nie wiem co to była za praktyka, było to trochę dziwne, więc sobie poszliśmy. Ciekawe, że miejscowi wchodzą zawsze do tych wszystkich świątyń bez sarongów, opasek i „donation”... Może by tak wprowadzić opłaty dla Azjatów za zwiedzanie naszych kościołów, albo kilka razy droższe bilety do zabytków – czasem wydaje mi się, że owszem, byłoby to sprawiedliwe.