Postanowiliśmy zbyt długo jednak nie
zamulać w Kucie, ponieważ nie mamy już w Indonezji zbyt wiele
czasu, a chcemy jeszcze zwiedzić Lombok oraz malutkie wyspy Gili.
Wykupiliśmy sobie bilety na busik,
który miał nas dowieźć do Padang Bai. Załatwiał to nasz
właściciel hotelu i zapewniał nas, że droga potrwa jedynie 1,5
godziny. Niestety zupełnie się to nie sprawdziło i na miejsce
dotarliśmy dopiero po 3,5 godzinach, po jednej przesiadce wmieście,
które w ogóle nie było nam po drodze. Starałam się pozostać
spokojna, ale przyznam, że już trochę zaczęłam kipieć...
Niestety zmusiło nas to do pozostania
w Padang Bai na noc, ponieważ było już dla nas zbyt późno na
prom – dotarlibyśmy do celu w nocy, a nie mieliśmy
zarezerwowanego żadnego miejsca noclegowego.
Padang Bai nie jest pocztówkową
nadmorską miejscowością. Jest raczej miejscowością portową (z
małym portem) i dość brudną plażą, przy której zacumowane są
kolorowe łódeczki i motorówki. Nic specjalnego, ale nie jest też
najgorzej. Poszliśmy na trochę oddaloną od „centrum” plażę,
która nazywana jest Błękitną Laguną i która może w pełnym
słońcu faktycznie jest błękitna, ale my niestety przyszliśmy
zbyt późno, żeby zobaczyć to na własne oczy.
Następnego dnia, koło 9 rano
wsiedliśmy na tzw „slow ferry”, który miał nas zawieźć na
Lombok. Jest to zwykły prom, którym podróżują głównie lokalesi
i który płynie co prawda 4 godziny, ale kosztuje grosze, w
porównaniu z tym co musielibyśmy zapłacić za wożące turystów
szybkie motorówki.
8 sierpnia przypadało święto
muzułmańskie, końca ramadanu i ostrzeżono nas, że po
przypłynięciu na Lombok możemy mieć kłopot z dostaniem się
dalej, ponieważ większość ludzi nie pracuje w ten dzień i możemy
nie znaleźć żadnej taksówki.... Postanowiliśmy zaryzykować, nie
wierzyliśmy, że naprawdę nikt nie będzie pracował, w końcu w
Indonezji żyją też Hinduiści...
Podróż promem nie była bardzo
nieznośna, nie byliśmy nawet jedynymi białasami, było ich
stosunkowo dużo. Jedynym minusem było to, że niestety oczywiście wszyscy dookoła palili.
Lokalesi, turyści - wszyscy.
Po czterech godzinach podróży,
dopłynęliśmy do miejscowości … i faktycznie nie było zbyt
wiele osób, które mogły nam zaoferować transport, ale kilka
przedsiębiorczych nów jednak się pojawiło i udało nam się w
miarę sprawnie dostać do miejscowości Senggigi.
Mieliśmy zamiar spędzić tam dwa dni,
a później ruszyć na wyspy Gili, jednak miejscowość nie przypadła
nam zbytnio do gustu, zmieniliśmy więc plany i na Gili ruszyliśmy
już następnego dnia rano.
Senggigi jest miasteczkiem typowo
turystycznym, wszędzie knajpy i hotele i duży problem ze
znalezieniem noclegu... Niestety sezon w pełnym rozkwicie i bez
wcześniejszej rezerwacji trudno o pokój. Znaleźliśmy miejsce w
hotelu oddalonym od centrum, musieliśmy więc zafundować sobie
spory spacer z plecakami. Pokój był znośny, chociaż kiedy
zobaczyłam czystość lustra i łazienki przypomniała mi się
trochę Yogyakarta... Nie było aż takiego syfu, a wanna była nawet
czysta, ale tylko... w środku. Na brzegach i baterii znajdowały się
ślady mydła i kamienia, które, jestem o tym przekonana, nie były
ani razu od nowości szorowane. Na dodatek w naszym pokoju nie było
ciepłej wody, ale uparłam się, że musimy się w niej wykąpać, w
końcu zapłaciliśmy za ciepłą wodę, a jesteśmy jej tak
spragnieni, że nie mogliśmy odpuścić. Dogadałam się z boyem
hotelowym, że będziemy mogli się wykąpać w innym, wolnym pokoju.
Tam stan wanny był jeszcze gorszy niż u nas... Musieliśmy się
kąpać w ogóle jej nie dotykając. Beurk. Nie mam pojęcia jak oni
w ogóle mogą do takiego syfu zapraszać gości... Nie wiem.
Późnym popołudniem poszliśmy na
plażę. Było bardzo mało ludzi i było przyjemnie. W oddali, na
skale widniała zawieszona nad morzem mała świątynia
hinduistyczna. Chcieliśmy nawet ją odwiedzić, ale zrezygnowaliśmy,
kiedy podeszła do nas dziewczyna z jakimiś brudnymi opaskami, które
podobno trzeba na siebie zakładać wchodząc tam, a wynajmuje je się
oczywiście za opłatą, tzw. „donation”, która dotyczyła tylko
turystów. Nie wiem co to była za praktyka, było to trochę dziwne,
więc sobie poszliśmy. Ciekawe, że miejscowi wchodzą zawsze do
tych wszystkich świątyń bez sarongów, opasek i „donation”...
Może by tak wprowadzić opłaty dla Azjatów za zwiedzanie naszych
kościołów, albo kilka razy droższe bilety do zabytków – czasem
wydaje mi się, że owszem, byłoby to sprawiedliwe.