wtorek, 2 lipca 2013

KL cd - Malezja - 29.06.2013

Zwiedzanie placu Merdeka w towarzystwie przewodnika było bardzo dobrym pomysłem. Co prawda na początku wizyta trochę się dłużyła, ponieważ oprowadzano nas po tej Galerii, którą już sami zwiedziliśmy, ale potem zrobiło się całkiem ciekawie. Zaliczyliśmy muzeum tekstyliów, do którego pewnie w życiu byśmy nie udali się sami, a tak pani przewodniczka opowiedziała nam dużo ciekawych rzeczy i wiem już np. jak tworzy się batik oraz jak rozpoznać czy batik jest prawdziwy czy tylko nadrukowany! Ha!
Wokół placu jest dużo historycznych budynków i do niektórych nas nawet wprowadzono. Okazało się, że w City Hall (ratuszu) czeka na nas niespodzianka od miasta. Grupa przebranych w regionalne stroje tancerzy dała występ, w trakcie którego nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Nie jest to ten typ rozrywki, za którym z Bartkiem jakoś szczególnie przepadamy. Przy jakiejś strasznej piosence („Malaysiaaaaa truly Asiaaaa”), sztucznie wyglądające tańce, bardzo sztucznie uśmiechnięci ludzie... A z drugiej strony czułam się trochę wzruszona, że jednak ktoś się postarał, żeby zrobić nam (turystom) przyjemność i to jeszcze za darmo. Poza tym ludzie, którzy wykonywali ten taniec wyglądali przesympatycznie i trochę nam ich było żal, że zmusili ich do wstawania wcześnie rano w sobotę, zakładania tych skomplikowanych strojów i robienia skomplikowanego makijażu. Jakieś to takie było nie nasze i czuliśmy się trochę głupio w związku z tym.

Na sam koniec wycieczki zaprowadzono nas do Klubu, w którym w latach kolonializmu Anglicy przychodzili po pracy i pili dżin z tonikiem. Teraz jest to ekskluzywny klub, za którego kartę członkowską płaci się ok. 20 tysięcy złotych rocznie, a żeby się tam w ogóle dostać czeka się w trzyletniej kolejce! Klub nosi nieformalną nazwę „Spotted dog” (plamisty/nakrapiany pies) i kiedy przewodniczka nam to powiedziała, od razu wiedziałam o jaką rasę chodzi! O jedyną słuszną oczywiście! ;-) Podobno żona jakiegoś ważnego osobnika przychodziła do siedziby klubu z dwoma dalmatyńczykami, ludzie to komentowali i tak powstała ta nazwa. Co ciekawe kobietom nie wolno było i nie wolno nadal przekraczać progu baru! Mogły siedzieć tylko przy stolikach przed barem i ewentualnie wołać do swoich mężów, żeby przynieśli im jakiegoś drinka lub inny napój orzeźwiający. Mnie mój Narzeczony przyniósł pyszną kawę, wybaczyłam więc klubowi jego głupie szowinistyczne zasady. Jeśli chodzi o wystrój miejsca, spodziewaliśmy się luksusu i przepychu. Nic z tych rzeczy! Wszystko było lekko podstarzałe, trochę śmierdziało stęchlizną, w korytarzu terakota byłą popękana, a na stolikach przed barem leżała okropna brązowa cerata, która oczywiście w trzy sekundy przyklejała się do ciała. I to miał być ten ekskluzywny klub? Chyba chodzi głównie o prestiż związany z historyczną wagą tego miejsca, nie o luksusy i przywileje. :-)

Po spacerze, poszliśmy do dzielnicy Little India i tam było o wiele mniej Hindusów niż w Chinatown – zwariowane miasto.
Tego dnia odwiedziliśmy też wieżę telewizyjną, chcieliśmy w końcu zobaczyć to miasto z góry, a bilet był chyba połowę tańszy niż na Petronas T. Z góry Kuala wygląda całkiem przyjemnie, zwłaszcza baseny, które zlokalizowaliśmy na dachach niektórych hoteli....
W drodze powrotnej, kiedy zastanawialiśmy się co by tu zjeść, aby nie jeść znów tego samego, natrafiliśmy na knajpę indyjską, gdzie zaserwowano nam jedzenie na liściu banana. Jak zwykle w przypadku kuchni indyjskiej było pysznie, w połowie jednak zaczęliśmy się zastanawiać czy liście banana są jednorazowego czy wielokrotnego użytku... :-)

Dzień upłynął nam bardzo przyjemnie, wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze po Chinatown, kupiliśmy sobie prażone kasztany (wcale najlepsze nie są na placu Pigalle!) i zaczęliśmy się powoli przygotowywać do wyjazdu z Malezji. Spędziliśmy tu więcej czasu niż zamierzaliśmy, a nie zobaczyliśmy nawet połowy kraju... Ale znacie już moją dewizę, coś trzeba sobie zostawić na później, my na później zostawiliśmy całą część kontynentalną Malezji.


2 komentarze: