środa, 24 lipca 2013
sobota, 6 lipca 2013
Singapur w skrócie - Singapur - 30.06-04.07.2013
Tak jak już pisałam, Singapur podobał
nam się ogromnie. Byliśmy lekko zszokowani ładem i czystością
panującymi na ulicach, ale wcale nas to nie oburzyło (niektórzy
narzekają, że jest tam zbyt czysto).... nie, wręcz przeciwnie.
Wiele słyszałam kiedyś opinii na temat tego miasta/państwa, że
nie da się tam żyć pośród tych wszystkich nakazów i zakazów,
że nawet gumy żuć nie można, a za wyrzucenie śmiecia na ulicy
płaci się grube tysiące. My tam byliśmy raptem niecałe 5 dni,
ale w żaden sposób nie było dla nas uciążliwe przestrzeganie
tych wszystkich zasad. Śmiecić i tak nigdy nie śmiecimy na ulicy,
pić owszem piliśmy w metrze (kara 1000 zł) i nikt się do nas nie
przyczepił. Doceniliśmy za to czystość dookoła nas, po trzech
miesiącach spędzonych w Azji można się za nią naprawdę
stęsknić. Dochodzi do tego, że w supermarkecie w dziale ze
środkami czystości, mam fantazje na temat sprzątania mieszkania!
Zgroza! Z wielkim zdziwieniem zauważyliśmy, że nawet przedmieścia
są czyste i porządne, nawet ogromne blokowiska, szok! Jeśli taki
stan rzeczy wywołują zakazy i ogromne kary finansowe, to ja bardzo
poproszę o takie w Polsce, może nasze lokalne prostaki, żule i
wandale by się czegoś nauczyły... Nie wiem jak mieszka się w
takim miejscu dłużej niż parę dni, być może jest to o wiele
bardziej uciążliwe (słyszeliśmy, że jest prawo zakazujące
przemieszczania się i przebywania w grupie większej niż pięć
osób!), jednak my byliśmy zachwyceni. Co prawda rozśmieszały nas
różne ogłoszenia i plakaty nawołujące do porządku i właściwego
zachowania, instrukcje obsługi korzystania ze schodów ruchomych, z
przejścia dla pieszych, itd.,ale traktowaliśmy to raczej jako
lokalny koloryt...
Nie tylko czystość nas urzekła,
ogromnie spodobała nam się również nowoczesność tego miejsca.
Jest to zdecydowanie najnowocześniejsze miasto w jakim w życiu
byłam i chyba niewiele miast może z Singapurem pod tym względem
rywalizować. Architektura jest po prostu niesamowita, widać, że
pieniążki nie stanowią w tym miejscu problemu... Realizowane tu są
naprawdę szalone pomysły... Zobaczycie na zdjęciach, nie będę
się przecież rozpisywać nad każdym budynkiem...
Mieszkaliśmy w dzielnicy Little India
(ironio losu), w hostelu, który był ok, chociaż pokoje były
dwunastoosobowe i zdarzali się niestety „chrapacze”, musiałam
więc sypiać z włączoną empetrójką na uszach. Dużym plusem
tego miejsca była jednak wycieczka, na którą można się było
zapisać - darmowa przejażdżka po okolicy z przewodnikiem, na
uwaga... hulajnogach! Ostatnio jeździłam na hulajnodze dwadzieścia
parę lat temu, ale jakoś poszło. Wycieczka trwała ponad pięć
godzin, przejechaliśmy ponad 15 km, ale bardzo nam się podobało!
Zaliczyliśmy jeden pokaz typu muzyka i światło i jeden typu
muzyka, światło, woda, ogień i … bańki mydlane! :-)
Objechaliśmy też wszystkie ważne miejsca i zabytki w mieście,
niektóre zdążyliśmy zobaczyć już sami, niektóre były dla nas
nowością. Podpytywaliśmy trochę naszego przewodnika jak żyje się
w Singapurze i czy te wszystkie nakazy i zakazy nie są uciążliwe.
On chyba nie należał do tych zestresowanych, np. pół drogi
jechaliśmy pod prąd. Powiedział nam, że trzeba wiedzieć jak nie
przestrzegać przepisów i że policja wcale nie wlepia mandatów za
każde rzucenie papierka na ziemi. Podobno jest dosyć cierpliwa i
jeśli ktoś ewidentnie nie łamie prawa na tak zwanego chama, to
raczej zostawia obywateli w spokoju. A po co te wszystkie nakazy?
Ano, żeby w razie czego mogli wyegzekwować te swoje prawa, bez
większego gadania. Trochę to wszystko dziwne i pokręcone, ale ja
również nie miałam poczucia, że na każdym kroku ktoś tylko
czyha, aby wlepić mi mandat.
Co poza tym robiliśmy w Singapurze?
Trochę się powłóczyliśmy po mieście, zwiedziliśmy Marina Bay,
Gardens By the Bay – niesamowite futurystyczne ogrody, zrobione
oczywiści z wielką pompą i za przypuszczalnie ogromną kasę...
Poza atrakcjami zewnętrznymi, są tam dwie wielkie przeszklone
kopuły. Pod jedną z nich zorganizowane są ogrody z różnych stref
klimatycznych, można tam np. spotkać baobaby i kwiaty z łąki
alpejskiej... Po drugą kopułą zorganizowano las deszczowy... Na
wielkiej ścianie, na różnych poziomach posadzono odpowiednie
rośliny, zrobiono wodospad i mglę... Najlepsze jest jednak to, że
ogrody spełniają funkcję edukacyjną. Naprawdę bardzo dużo
miejsca poświęcono na edukację ekologiczną młodzieży i dzieci.
Byliśmy również w Zoo singapurskim i
to nawet dwa razy. Jest to jedno z najlepszych zoo na świecie i
trzeba przyznać, że zrobione jest naprawdę pomysłowo i znów
wielkim plusem jest to, że dużo miejsca poświęcono na edukację
najmłodszych (a myślę, że często również tych starszych). Może
wyobrażałam sobie, że zoo będzie jeszcze lepsze niż jest w
rzeczywistości, no ale i tak jak na zoo, nie jest najgorzej.
Zaliczyliśmy tam spacer dzienny, safari nocne (absolutnym hajlajtem
było zobaczenie wyraka i latających wiewiórek) i całkiem nową
atrakcję, jeszcze nie dokończoną – river safari. Na river safari
można np. zobaczyć krokodyle, różne wielkie ryby oraz pandy...
Hmmm...
Co poza tym? Mnóstwo spacerów,
jeszcze więcej zdjęć i poczucie, że w tym mieście naprawdę jest
co robić. Jedzenie również bardzo miło nas zaskoczyło. Co prawda
nie było jakichś typowo singapurskich potraw, przynajmniej my
takich nie spotkaliśmy, były za to potrawy ze wszystkich innych
regionów Azji, co wprowadziło do naszego menu długo oczekiwaną
odmianę i różnorodność.
W dzień wyjazdu, pojechaliśmy jeszcze
do Chinatown i tu znów zaskoczenie, jakie wszystko jest czyste i
porządne. Oj jeszcze nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać...
Ps. Nadal nie chce mi się pisać bloga, stąd pięć dni w jednym. I może tak już zostanie...
piątek, 5 lipca 2013
wtorek, 2 lipca 2013
KL cd - Malezja - 29.06.2013
Zwiedzanie placu Merdeka w towarzystwie
przewodnika było bardzo dobrym pomysłem. Co prawda na początku
wizyta trochę się dłużyła, ponieważ oprowadzano nas po tej
Galerii, którą już sami zwiedziliśmy, ale potem zrobiło się
całkiem ciekawie. Zaliczyliśmy muzeum tekstyliów, do którego
pewnie w życiu byśmy nie udali się sami, a tak pani przewodniczka
opowiedziała nam dużo ciekawych rzeczy i wiem już np. jak tworzy
się batik oraz jak rozpoznać czy batik jest prawdziwy czy tylko
nadrukowany! Ha!
Wokół placu jest dużo historycznych
budynków i do niektórych nas nawet wprowadzono. Okazało się, że
w City Hall (ratuszu) czeka na nas niespodzianka od miasta. Grupa
przebranych w regionalne stroje tancerzy dała występ, w trakcie
którego nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. Nie jest to
ten typ rozrywki, za którym z Bartkiem jakoś szczególnie
przepadamy. Przy jakiejś strasznej piosence („Malaysiaaaaa truly
Asiaaaa”), sztucznie wyglądające tańce, bardzo sztucznie
uśmiechnięci ludzie... A z drugiej strony czułam się trochę
wzruszona, że jednak ktoś się postarał, żeby zrobić nam
(turystom) przyjemność i to jeszcze za darmo. Poza tym ludzie,
którzy wykonywali ten taniec wyglądali przesympatycznie i trochę
nam ich było żal, że zmusili ich do wstawania wcześnie rano w
sobotę, zakładania tych skomplikowanych strojów i robienia
skomplikowanego makijażu. Jakieś to takie było nie nasze i
czuliśmy się trochę głupio w związku z tym.
Na sam koniec wycieczki zaprowadzono
nas do Klubu, w którym w latach kolonializmu Anglicy przychodzili po
pracy i pili dżin z tonikiem. Teraz jest to ekskluzywny klub, za
którego kartę członkowską płaci się ok. 20 tysięcy złotych
rocznie, a żeby się tam w ogóle dostać czeka się w trzyletniej
kolejce! Klub nosi nieformalną nazwę „Spotted dog”
(plamisty/nakrapiany pies) i kiedy przewodniczka nam to powiedziała,
od razu wiedziałam o jaką rasę chodzi! O jedyną słuszną
oczywiście! ;-) Podobno żona jakiegoś ważnego osobnika
przychodziła do siedziby klubu z dwoma dalmatyńczykami, ludzie to
komentowali i tak powstała ta nazwa. Co ciekawe kobietom nie wolno
było i nie wolno nadal przekraczać progu baru! Mogły siedzieć
tylko przy stolikach przed barem i ewentualnie wołać do swoich
mężów, żeby przynieśli im jakiegoś drinka lub inny napój
orzeźwiający. Mnie mój Narzeczony przyniósł pyszną kawę,
wybaczyłam więc klubowi jego głupie szowinistyczne zasady. Jeśli
chodzi o wystrój miejsca, spodziewaliśmy się luksusu i przepychu.
Nic z tych rzeczy! Wszystko było lekko podstarzałe, trochę
śmierdziało stęchlizną, w korytarzu terakota byłą popękana, a
na stolikach przed barem leżała okropna brązowa cerata, która
oczywiście w trzy sekundy przyklejała się do ciała. I to miał
być ten ekskluzywny klub? Chyba chodzi głównie o prestiż związany
z historyczną wagą tego miejsca, nie o luksusy i przywileje. :-)
Po spacerze, poszliśmy do dzielnicy
Little India i tam było o wiele mniej Hindusów niż w Chinatown –
zwariowane miasto.
Tego dnia odwiedziliśmy też wieżę
telewizyjną, chcieliśmy w końcu zobaczyć to miasto z góry, a
bilet był chyba połowę tańszy niż na Petronas T. Z góry Kuala
wygląda całkiem przyjemnie, zwłaszcza baseny, które
zlokalizowaliśmy na dachach niektórych hoteli....
W drodze powrotnej, kiedy
zastanawialiśmy się co by tu zjeść, aby nie jeść znów tego
samego, natrafiliśmy na knajpę indyjską, gdzie zaserwowano nam
jedzenie na liściu banana. Jak zwykle w przypadku kuchni indyjskiej
było pysznie, w połowie jednak zaczęliśmy się zastanawiać czy
liście banana są jednorazowego czy wielokrotnego użytku... :-)
Dzień upłynął nam bardzo
przyjemnie, wieczorem przespacerowaliśmy się jeszcze po Chinatown,
kupiliśmy sobie prażone kasztany (wcale najlepsze nie są na placu
Pigalle!) i zaczęliśmy się powoli przygotowywać do wyjazdu z
Malezji. Spędziliśmy tu więcej czasu niż zamierzaliśmy, a nie
zobaczyliśmy nawet połowy kraju... Ale znacie już moją dewizę,
coś trzeba sobie zostawić na później, my na później
zostawiliśmy całą część kontynentalną Malezji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)